.

.

niedziela, 25 stycznia 2015

Cześć 5 - Sit your ass down

Opierał głowę o nadgarstek jednej ręki, a drugą pisał. Chwilami przerywał, wystukiwał liczby na kalkulatorze i znów pisał. Później kładł obok kolejną stertę papierów i ponawiał czynność. Czasami nerwowo uderzał długopisem o szklany stół, lekko tupał nogą oraz wypuszczał z siebie ciężkie oddechy. Oczy łzawiły, poprzez ciągłe pocieranie ich, a pod nimi widoczny był zarys worów. Był zmęczony. Ale nie przerywał. 
Bolało mnie patrzenie, jak wciąż pracował. To mogło odbić się poważnie na jego zdrowiu, choć nawet gdy to mówiłem, nie słuchał. Zawsze powtarzał jak zaklęty, że musi to skończyć. Praca, praca i jeszcze raz praca. Rozumiałem, jak wielkie brzemię miał na plecach, prowadząc firmę i nie mógł pozwolić sobie na niedociągnięcia, ale nie dało się ukryć, że przeginał. Miał czas, żeby dokończyć niektóre rzeczy kiedy indziej, zlecić je komuś. Lecz on chciał to robić sam, po swojemu, nawet kosztem zmarnowania calutkiego dnia. 
Kiedy zaczął momentami wpatrywać się w jeden punkt, a potem wlepiał wzrok w kartkę, jakby nagle zapomniał, co miał zrobić, podszedłem do niego. Zabrałem mu długopis i odsunąłem sprzed nosa wszelkie papiery. Wyglądał na zmieszanego, ale najwyraźniej był tak zmęczony, że nie chciało mu się nawet złościć. 
- Harry, powinienem to jeszcze dziś skończyć - szepnął i kaszlnął, lekko się krztusząc.
- Nie będziesz nic kończył. Czy ty widziałeś siebie w lustrze? Wyglądasz koszmarnie - zbeształem go. 
- Dzięki, kochanie... - odparł, uśmiechając się pod nosem.
- No, wiesz, że nie o to mi chodzi. Po prostu jesteś wycieńczony. Idziesz natychmiast spać, rozumiesz? - powiedziałem, starając się brzmieć stanowczo.
- Dobrze, już dobrze. Pójdę tylko pod prysznic - odpowiedział z rezygnacją w głosie i ziewnął, przeciągając się.

Cieszyłem się, że tamtym razem poszło wyjątkowo gładko. Czasami żadne argumenty do niego nie trafiały. Zmęczenie jednak wygrało i już niecałe pół godziny później słodko spał. To był miły widok, o wiele milszy od pracującego Louisa.
Rano widok nie był już taki miły. Louis, zawzięcie wiążący krawat, ze łzawiącymi od kaszlu oczami i z czerwonym nosem kłócił się ze mną, że musi iść do pracy. Myślałem, że nie wytrzymam. Ledwo nadążał wyciągać chusteczki, a chciał pracować. Postanowiłem, że nie pozwolę mu tamtego dnia wyjść z domu i cudem mi się to udało. Zaczęło się od próbowania przemówienia mu do rozsądku, a skończyło się na zabieraniu mu telefonu i trzymania go tak wysoko, aby go nie dosięgnął. Przysięgam, zirytowany, zasmarkany, na wpół ubrany Louis zawzięcie próbujący dotrzeć do telefonu, który trzymałem w górze, był najbardziej uroczym widokiem na świecie. To był jeden z tych momentów, gdy wręcz kochałem być od niego wyższy.
Nie chcąc go zdenerwować aż tak bardzo (bo tak jak zirytowany Louis był uroczy, tak zdenerwowany był przerażający) chciałem oddać mu telefon. Ale żeby wyszło na moje, pod warunkiem, że weźmie go, aby zadzwonić do Eleanor i oświadczyć jej, że nie może przyjść do pracy, bo jest chory i poprosić o chwilowe przejęcie jego obowiązków. Ten pomysł nie spodobał mu się równie tak, jak to, że nie chciałem oddać mu telefonu, lecz ostatecznie, po krótkiej, ale dosadnej wymianie zdań ustąpił. Dopilnowałem, żeby mnie nie oszukał i naprawdę zadzwonił z wieścią, że zostaje w domu. Trochę się na mnie boczył, nawet gdy już leżał na kanapie w pościeli, a ja podawałem mu pod nos wszystko, co chciał. 

- Zobaczysz, że jeszcze mi za to podziękujesz, słońce - rzekłem z triumfem i ucałowałem jego czoło.
- Nie sądzę, żebym dziękował Ci za to, że będę musiał wszystko ogarniać, wiesz ile się dzieje podczas jednego, głupiego dnia pracy? - burknął z wyrzutem.
- Nie wiem i nie interesuje mnie to w tej chwili, potrzebowałeś odpoczynku nawet gdy nie byłeś chory, ale teraz, gdy jesteś, potrzebujesz go jeszcze bardziej - oświadczyłem. - Więc siedź na dupie i jedz rosół.

Nie ukrywam - zupa nie wyszła mi zbyt dobra, ale i tak wmusiłem ją w Louisa. Tak jak i trochę syropów i tabletek na gardło. Wiedziałem, że nie utrzymam go w domu dłużej niż jeden dzień, więc chciałem, żeby wykurował się chociaż na tyle, żeby dobrze funkcjonował. Dzwonił co jakiś czas kontrolnie do El, ale ta zbywała go tłumacząc, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. Jak zwykle niepotrzebnie się martwił, ale miałem wrażenie, że martwienie się na zapas to jego hobby.
Z każdym dniem Louis czuł się coraz lepiej, poszedł na drugi dzień do pracy, ale wciąż pilnowałem, aby przyjmował leki. W końcu i tak by o tym zapomniał. Niby taki dojrzały, a czasami trzeba było się nim opiekować jak dzieckiem. 
Po kilku dniach, kiedy wyciągałem pieniądze z bankomatu, aby opłacić rachunki, zauważyłem, że na koncie znajdowało się o wiele mniej pieniędzy, niż ich było wcześniej. Może nie zapisywałem sobie wszystkich wydatków, bo nie było takiej potrzeby, ale różnica była niemała. Sprawdziłem więc kiedy i w jakich ilościach były wyciągane pieniądze w historii. Od ponad tygodnia, co parę dni z konta były wyciągane spore sumy. Wiedziałem, że to na pewno nie ja to robiłem. Oczywiste było, że pewnie robił to Louis, ale zastanawiało mnie dlaczego. Nigdy nie wyciągał pieniędzy, zawsze robił przelewy, oboje płaciliśmy zawsze kartą. Przeszły mi przez myśl inwestycje, ale wtedy też korzystał z przelewów. Może nagle potrzebował gotówki, ale to i tak wydawało mi się dziwne. Dlatego też przy najbliżej okazji zapytałem go o to, nie podał mi konkretnego powodu, raczej zbył. Nie dopytywałem od razu, sam zacząłem to zbywać, ale kiedy z czasem pieniądze znikały w praktycznie takich samych odstępach czasowych nabrałem podejrzeń. W sumie nie wiedziałem o co go podejrzewałem, chciałem najzwyczajniej w świecie wiedzieć, dlaczego to robił. Gdy zapytałem po raz kolejny, znów starał się mnie zbywać, potem zaczął perfidnie zmyślać. Sam zaczął gubić się w swoim tłumaczeniu. Faktem było, że to jego pieniądze, to on je zarabiał, ale nie chodziło mi o to, że je wydawał. Oczekiwałem po prostu odrobiny szczerości, a skoro nie chciał nic powiedzieć, najwidoczniej w coś się wplątał. Trochę nad nim pracowałem, ale udało mi się przekonać go, aby zaczął konkretnie mówić.

- Dobrze, widzę, że nie przestaniesz pytać. W sumie, powinienem był ci o tym powiedzieć już dawno, ale jakoś tak wyszło... - powiedział, spuszczając głowę i wlepiając wzrok w swoje splecione dłonie.
- No dalej, Louis, co ty, wplątałeś się w jakieś chore układy z gangami i musisz im płacić czy co? - zapytałem niecierpliwie.
- Nie, nie...z żadnymi gangami. Mam tak jakby układ....ale z Eleanor - wydusił z siebie.
Poczułem się naprawdę dziwnie, kiedy to usłyszałem. W zasadzie to nie wiedziałem, co powinienem był myśleć na te słowa. Układ związany z pieniędzmi? Ze słodką, niewinną Eleanor?
Przez chwilę zastanawiałem się, czy Louis nie robił sobie ze mnie żartów. Ale okazało się, że wcale nie było mu do śmiechu. 
_____________________________

Przepraszam, że taka przerwa, ale natchnienie mnie opuściło. 
Żyjecie jeszcze? :c 

piątek, 2 stycznia 2015

Część 4 - Empty house...or not?

Kiedy otworzyłem oczy, zobaczyłem ciemność. Miałem wrażenie, jakbym w ogóle ich nie otworzył. Odruchowo odwróciłem głowę w stronę, po której stał zegarek. Wskazywał trzecią szesnaście. Rzadko budziłem się w nocy. Irytowało mnie to, bo często nie mogłem później zasnąć. W mroku zauważyłem zaledwie zarys głowy Louisa wystającej spod kołdry. Jak zwykle smacznie spał, nigdy nie miewał takich problemów ze snem, jak ja. Potrafił zasnąć błyskawicznie, a z objęć Morfeusza nie było go łatwo wyciągnąć. Delikatnie zsunąłem z siebie kołdrę i usiadłem na łóżku. Dotknąłem stopami chłodnej posadzki i poczułem powiew zimna również na karku. Zza okna wyglądał Księżyc, który wtłaczał do środka odrobinę światła, ale tak słabego, że ciemność była niezmienna. Pozbywanie się z ciała ciepłej kołdry było tak nieprzyjemne, że mimo iż miałem zamiar zejść do kuchni napić się wody, zrezygnowałem i wróciłem do łóżka. Przez następne kilkanaście minut wlepiałem wzrok w ciemność, bezskutecznie próbując zasnąć. Kręciłem się też cholernie, bo nagle zaczęło mi być niewygodnie. Louis początkowo tylko coś mruczał przez sen, ale ostatecznie się przebudził. Musiałem wtedy naprawdę nieźle trząść łóżkiem. Zapalił nocną lampkę, ziewnął i przetarł leniwie oczy.

- Co się dzieje? Czemu nie śpisz, tylko się tak niemiłosiernie kręcisz? - zapytał, szepcząc sennym głosem.

- Przepraszam. Nie chciałem Cię budzić, po prostu nie mogę zasnąć - odpowiedziałem, splatając dłonie.

Louis przez chwilę leżał nieruchomo razem ze mną, jakby chciał mnie wesprzeć w moim braku snu. Patrzyłem się przed siebie, czując na sobie jego uważny wzrok. Słychać było jedynie nasze oddechy i serenady świerszczy za oknem.

- Chciałbym mieć kotka - odezwałem się w końcu. - Adoptujemy kotka?

- Po co ci kotek? Ja Ci nie wystarczę? - rzekł z lekkim wyrzutem w głosie, cieszyłem się jednak, że kompletnie zignorował fakt, że zapytałem o to bez powodu w środku nocy.

- Biorąc pod uwagę fakt, że całe dnie przesiadujesz w pracy, to nie, nie wystarczysz - burknąłem. - Chcę kotka.

- O mój Boże, Harry, pogadamy o tym kiedy indziej, bo nie wiem jeszcze czego adopcja może Ci przyjść do głowy o tej porze - odpowiedział, gasząc lampkę. - A teraz śpij, kotku.

Wlazł na mnie, ułożył głowę na mojej klatce piersiowej i głośno odetchnął. Nie miałem wtedy już wyboru, musiałem jakoś zasnąć, a kręcić się już nie mogłem. Ucałowałem czubek jego głowy i zamknąłem oczy. Nie mogłem zasnąć jeszcze przez jakiś czas, ale w końcu odpłynąłem w akompaniacie pochrapywania Louisa.

Tego dnia nie padał deszcz ani nie było szczególnie zimno, choć przymrozek nadal trzymał się podłoża i skrzypiał pod butami. W mieście było trochę tłumnie, dlatego załatwienie kilku drobnych spraw zajęło mi ponad godzinę. Mimo że było południe, nie oczekiwałem, że Louis będzie już w domu. Znowu zaczął jeden z tych swoich projektów i przesiadywał w biurze. Dlatego zdziwiłem się, kiedy zorientowałem się, że drzwi wejściowe były otwarte. Wszedłem do środka, jednak zauważyłem, że buty Louisa nie stały w przedpokoju. Sprawdziłem kuchnię, salon i łazienkę, ale wszędzie było pusto. Zostało mi wtedy jeszcze piętro, na którym zresztą miałem wrażenie, że słyszałem kroki. Miałem trochę złe przeczucia, ale miałem nadzieję, że to był Louis, a nie jakiś włamywacz, albo coś w tym stylu. Po cichu wszedłem po schodach, które jak na złość zaczęły skrzypieć. Każdy najmniejszy dźwięk wydawał mi się wtedy okropnie głośny. Na górze z pewnością ktoś był. Przeszedłem przez korytarz, starając się nie zdradzić swojej obecności. W łazience też nikogo nie było, więc została jedynie sypialnia. Najpierw powoli i delikatnie złapałem za klamkę, a potem pchnąłem drzwiami. Prawie nimi uderzyłem kogoś, kto chciał wyjść. I tym ktosiem nie był Louis. Tylko Eleanor

 Nie wyglądała na zaskoczoną moim widokiem, bardziej przestraszyła się drzwi. Zmarszczyłem brwi i patrzyłem na nią pytająco, bo oczekiwałem, że jakoś się wytłumaczy.

- Och, ale mnie wystraszyłeś - powiedziała, łapiąc się teatralnie za serce. - Chciałam iść do łazienki - i znowu trafiłam tutaj. W końcu jestem tutaj dopiero drugi raz...wybacz...- wyjaśniła.

Błyskawicznie przypomniałem sobie, że też powinienem się wytłumaczyć, w końcu oficjalnie tam nie mieszkałem.

- Rozumiem, bo wiesz, ja postanowiłem na chwilę wpaść do Louisa, a że drzwi były otwarte, to wszedłem...tak właściwie, to gdzie on jest? - zapytałem z myślą, że przecież musiała wiedzieć gdzie jest. W końcu się nie włamała.

- Pojechał dosłownie na pięć minut do firmy wziąć dokumenty. Przyszłam, żeby omówić z nim nowy projekt, w pracy mieliśmy trochę zbyt mało czasu - odpowiedziała i uśmiechnęła się słodko.

Cieszyłem się, że jakoś wybrnąłem z tej dosyć niezręcznej sytuacji. Oboje wybrnęliśmy. Trochę ciężko było mi uwierzyć, że Eleanor znów zabłądziła. Była taka możliwość, ale musiałaby być naprawdę zakręcona. Nie chciałem jej pochopnie oceniać, ale jej zachowanie było po prostu dziwne. W dodatku toaleta była też na dole, dlaczego czekając na Louisa miałaby być na górze? Z pewnością nie zapraszał jej do sypialni. Chyba, że o czymś nie wiedziałem, ale szybko pozbyłem się tych myśli z głowy. Nie dało się ukryć, że Eleanor czuła miętę do Louisa, ale nie miałem wątpliwości, że w drugą stronę to nie działało. Nie miało prawa. Nie była aż tak cudowna, żeby zmienić dla niej orientację. Wywoływała sympatię, ale bez przesady. Postanowiłem, że później porozmawiam o tym z Louisem. Byłem ciekaw, czy zdawał sobie sprawę z tego, że jego sekretarka coś do niego czuje. Nie zauważyłem tego do momentu, aż zapytała mnie o to, czy Louis jest singlem; to było dość oczywiste, ale nie wiedziałem też, jak El zachowuje się w stosunku do niego, kiedy są sami. Choć nie byłbym też zdziwiony, gdyby tego nie zauważył, czasami praca pochłaniała wszystkie jego zmysły na tyle, że był praktycznie odcięty od świata.

Kiedy Louis po około dziesięciu minutach wrócił do domu, zastał widok mnie i Eleanor siedzących na kanapie i gawędzących w najlepsze. Musiałem przyznać, że mimo początkowej nieśmiałości, dziewczyna była rozgadana. Mówiła o wszystkim z takim zachwytem, jakby dosłownie wszystko ją interesowało. Potrafiła interesująco mówić o błahych sprawach nawet takich jak pogoda. Do każdego tematu miała do opowiedzenia coś, co jej się przytrafiło. Nie dało się ukryć, że nie była nudną osobą. Sądziłem, że ten czas, gdy będziemy czekać na Lou będzie niezręczny, ale wręcz przeciwnie - było miło. Zupełnie pozbyłem się wtedy z głowy jakichkolwiek oskarżeń, czy wątpliwości względem jej poprzedniego zachowania. Bo niby co złego mogła robić? Jakby chciała coś ukraść, szukałaby w salonie, w naszej sypialni nie było nic szczególnie kosztownego. Była najzwyczajniej w świecie zakręcona, bo przecież była w naszym domu dopiero drugi raz, w dodatku ten pierwszy był wtedy, gdy w domu był niezły tłok.

- O, Harry, przyszedłeś. Akurat nie było mnie w domu...ale widzę, że dobrze się bawicie - rzekł Louis, ściągając marynarkę. - Za chwilę omówimy ten projekt, tylko się przebiorę.

Widocznie Louis wierzył, że już zdążyłem wcisnąć Eleanor kit, że wpadłem na chwilę. Byłem przecież jego „przyjacielem od interesów”, więc nie było w tym nic dziwnego. Postanowiłem wtedy posiedzieć i poudawać, że wiedziałem o co chodzi, gdy rozmawiali o projekcie. Nie miałem ochoty znów wychodzić z domu i bezcelowo się kręcić. Przy okazji, dosyć ciekawie ich się obserwowało, kiedy już dyskretnie odłączyłem się od ich dyskusji, bo rzeczy, o których mówili zaczęły być coraz bardziej szczegółowe i skomplikowane. Louis był wyraźnie zmęczony, ale nadal intensywnie wypełniał dokumenty, tłumaczył, wymyślał. Był totalnie skupiony na konkretach podczas gdy Eleanor potakiwała mu i patrzyła się na niego maślanymi oczami. To było trochę zabawne, choć było mi żal El. Czasami miałem dziwne wrażenie, że między słodkimi uśmiechami skierowanymi w stronę Louisa, ukradkiem patrzyła się na mnie jakby spod byka. Prawdopodobnie tylko mi się tak wydawało, ze strachu, że mogłaby się o nas dowiedzieć. Była wtedy osobą, która była dosyć blisko nas, ciągle gdzieś się kręciła. Lubiłem ją, ale nie czułem się zbyt dobrze z faktem, że miała styczność z tym Louisem, który nie był ubranym w garnitur ważniakiem. To był bardziej mój Louis, którego zawsze miałem tylko ja. Tego prawdziwego i tak miałem ja, ale mimo wszystko wolałbym gdyby spotykali się o rzeczy związane z pracą w pracy. W domu bardzo łatwo było o wtopę. Mogłem przecież wejść do domu i krzyknąć „Louis, kochanie, jesteś już?” a wtedy nie było opcji, żebym się wytłumaczył. Mnie nieszczególnie zależało wtedy na ukrywaniu się, bo dla mnie nie było żadnym problemem, że ktoś by o nas wiedział. Miałem jednak świadomość, że dla Louisa było to ważne. Robiłem to wszystko dla niego.

Na szczęście dosyć szybko uwinęli się z ustalaniem wszystkich rzeczy, które mieli zamiar ustalić i szybko pożegnaliśmy Eleanor. Miałem nadzieję, że nie podejrzewała nic przez to, że zostałem u Louisa jeszcze dłużej i zachowywałem się dość swobodnie. Nie miałem zamiaru tłumaczyć się ze wszystkiego, w końcu tylko winny się tłumaczy. Po co miałaby zadręczać się myślą, że facet, który jej się podoba regularnie pieprzy się z kimś innym?

wtorek, 23 grudnia 2014

Część 3 - Nice break.

Na dzień dobry przypaliłem jajecznicę i wylałem kawę na dywan. W dodatku przysnęło mi się, co rzadko mi się zdarzało i przez to Louis spóźnił się do pracy. Nie miał mi tego za złe. Ja sam również starałem się nie tracić przez to humoru. Choć minął tydzień od katastrofy towarzyskiej, która wydarzyła się w naszym domu, nadal niemiło ją wspominałem. Mimo, że Louis wtedy po wszystkich posprzątał, ja robiłem to jeszcze kilka razy, aby mieć pewność, że nie został po nich żaden ślad. Byłem na to naprawdę uczulony.
Poranek był piękny, choć mroźny. Nie byłem co prawda tego ranka na zewnątrz, ale od samego patrzenia na przymrozek, który zagościł na dachu i parapetach było mi zimno. Świeciło słońce, lecz wiatr świszczał i kołysał drzewami, co skutecznie odstraszyło mnie od chęci spaceru.
Próbowałem się czymś zająć, sprzątać, gotować, oglądać telewizję, czytać coś, ale nie mogłem się na niczym skupić. Wciąż myślałem o tym niskim, niebieskookim chłopaku, który przebywał wtedy w pracy. Przez ten tydzień nie spędzaliśmy ze sobą zbyt dużo czasu, bo jak zwykle Louis miał mnóstwo roboty. Sam nie wiedziałem, czemu nie mogłem przestać o nim myśleć, ale po prostu nie mogłem. Dlatego w południe postanowiłem go odwiedzić, choć wiedziałem, że powinienem był to robić rzadziej w godzinach pracy. W końcu był zajęty, ale chciałem go trochę odciągnąć i zająć czymś innym. Zasługiwał na dłuższe przerwy, których sobie nie robił. Wszyscy je robili, tylko nie on. Zasugerowałem mu nawet kiedyś, że powinien przystopować, ale akurat mnie nie słuchał, bo był czymś zajęty. Ironia losu, ale to coś znaczyło.
Szedłem przysłoniętą mrozem ścieżką w parku, choć wiatr szczypał w policzki i sprawiał, że łzawiły mi oczy, lubiłem spacery nawet w taką porę. Budynek firmy Lou nie znajdował się daleko, dlatego też nigdy nie rozumiałem, dlaczego zawsze jeździł tam samochodem. Zawsze uważał, że chciał zaoszczędzić czas, a dla niego czas to pieniądz. Nie narzekałem, że żyliśmy w dostatku, ale też szczególnie mi na tym nie zależało. Byłbym tak samo szczęśliwy, gdybyśmy mieszkali w o wiele mniejszym domu i aby go utrzymać pracowali oboje. Nie byłem pewien jakby było z Louisem. Jego firma była dla niego bardzo ważna; nie było w tym nic dziwnego, ale obawiałem się, co by zrobił, gdyby splajtował.
Odgoniłem od siebie złe myśli, choć kiedy wszedłem do środka, nasuwało mi się ich jeszcze więcej. Naprawdę nie pałałem sympatią do widoku ludzi, którzy pracowali dla Louisa. Co prawda nie wszyscy byli tacy źli. Na przykład lubiłem Eleanor, choć w ogóle jej nie znałem. Zdawałem sobie sprawę, że tak naprawdę znałem wtedy tylko jej imię, ale to nie powstrzymywało mnie od darzenia jej odrobiną sympatii. W końcu wydawała się być miła, nie fałszywie, lecz szczerze. Może dlatego, że nie była tak zmęczona życiem i pracą, jak inni. Cieszyłem się, że osoba, która pracowała najbliżej z Louisem taka była. Minąłem się z nią w korytarzu już na samej górze, skinąłem głową i uśmiechnąłem się do niej; odwzajemniła to i zniknęła za drzwiami innego pokoju. Była trochę nieśmiała, ale nie nazwałbym tego jej wadą. Żałowałem, że nie miałem okazji z nią dłużej porozmawiać.
Biuro Louisa jak zwykle pachniało papierem i tuszem, w końcu całe jego biuro zawalone było dokumentami, a co rusz drukowały się nowe. Mogłem być nawet zazdrosny o te kartki, bo poświęcał im czasami więcej czasu, niż mnie. Byliśmy sami dopiero po chwili, kiedy wszedłem sprzątaczka podlewała jeszcze samotną, niewielką palemkę, stojącą w kącie. Kiedy drzwi za starszą kobietą zamknęły się, czule przywitałem się z Lou.
- Jestem odrobinę zajęty, ale cieszę się, że cię widzę - rzekł, odkładając plik kartek na biurko.
- Jeśli się tak cieszysz, poświęć mi chwilę - poprosiłem, przyciągając go bliżej siebie.
Zacząłem składać pocałunki na jego ustach, a później szyi. Czułem, że chciał mnie powstrzymać, ale nie mógł się oprzeć. Odsunął się lekko ode mnie po chwili.
- Harry, nie powinniśmy, ktoś może wejść... - mruknął.
- No i co...nie podoba ci się ta adrenalina? - odpowiedziałem kompletnie ignorując jego minimalny opór.
Do pocałunków doszedł dotyk, poruszałem dłońmi po jego plecach, biodrach, a nawet tyłku. Oddech Louisa był głęboki i drżący, wiedziałem, że chciał mnie odepchnąć, ale nie zrobił tego. Gwałtownie odsunęliśmy się od siebie oboje dopiero, kiedy usłyszeliśmy pukanie do drzwi. Jego wzrok był lekko spanikowany, ale ja ze stoickim spokojem szepnąłem mu na ucho „za pięć minut w toalecie” i odszedłem, jak gdyby nigdy nic. Louis wydukał „proszę”, minąłem się w drzwiach z jakimś nieznajomym mi mężczyzną i wyszedłem z triumfalnym uśmiechem pod nosem.
Nie byłem pewny dlaczego to w zasadzie zrobiłem, ale wciąż pragnąłem dotykać Lou, dlatego miałem nadzieję, że przyjmie moją subtelną propozycję. W łazience było pusto, minęła przerwa obiadowa, większość ludzi zabrała się do dalszej pracy. Nie dawało to stuprocentowej pewności, że nikt nie miał szans nas przyłapać lecz nieszczególnie o tym myślałem. Tak jak sądziłem, Louis po niedługim czasie również pojawił się w toalecie.
- Harry, co ty chcesz zrobić? - zapytał, zamykając za sobą drzwi.
- Nic takiego...no chodź - odpowiedziałem niewinnie, łapiąc go za rękę.
Pociągnąłem go w stronę kabin i wepchnąłem do jednej z nich. Nie było tam zbyt dużo miejsca, ale nie było też ciasno. Louis wyglądał bardzo niepewnie, ale nie protestował, oczekiwał na to, co zrobię dalej. Kontynuowałem to, co zacząłem jeszcze w jego gabinecie; dotykałem go po całym ciele, przyciskając go do ściany oddzielającej kabiny. Głośno i ciężko oddychał, trzymał mnie w talii i odwzajemniał pocałunki, choć wiedziałem, że był spięty. Starałem się, aby się rozluźnił, stresował się, że ktoś mógł wejść i coś usłyszeć, a ja próbowałem rozwiać te obawy. Nie było mowy, żebym wtedy to przerwał. Zsunąłem się odrobinę niżej i zacząłem rozpinać pasek jego spodni. Zsuwając je wpatrywałem się w oczy Louisa, który przełknął głośno ślinę.
Aż do samego końca nie był wyluzowany, ale najważniejsze było dla mnie, że dał się ponieść. Pozwolił się oderwać od swojej stery papierów i zrobić coś bardziej ekscytującego ze mną; a to było ważne. Obawiałem się, że jego zamiłowanie do pracy wygra, dlatego byłem z siebie dumny. Kiedy Louis doprowadził się do porządku i ubrał, nagle gwałtownie odsunął mnie i stanął na zamkniętej desce klozetowej. Zrozumiałem jego zachowanie dopiero po chwili, bo usłyszałem jak ktoś wchodzi do kabiny obok. Cóż, gdyby ten ktoś przypadkiem zauważył dwie pary nóg w jednej kabinie z pewnością nabrałby podejrzeń. Zwłaszcza, że jedne z nich nie należały do kobiety. Miałem ochotę się roześmiać, ale Louis skutecznie mnie od tego powstrzymał, zatykając mi usta ręką. Gdy był już pewien, że toaleta była pusta, odetchnął głośno i wyszedł z kabiny. Spojrzał w lustro i oblał twarz zimną wodą.
- Nie wierzę, że to zrobiliśmy... - powiedział, opierając ręce o blat wokół kranu.
- A co, nie podobało ci się? W to nie uwierzę ja - szepnąłem, obejmując go od tyłu. - Nikt nic nie wie, nie martw się, uspokój się i wróć do pracy jakby nigdy nic.
- Wiesz co, jesteś podły - rzekł, odwracając się twarzą do mnie.
- Też cię kocham - uśmiechnąłem się i ucałowałem jego nos.
Nie ulegało wątpliwościom, że to była najdłuższa i najmilej spędzona przerwa Louisa. I tak długo się nim nie nacieszyłem, bo po upewnieniu się, że nie widać było po nim, co robił, wrócił do biura. Na parterze, kiedy zmierzałem już do wyjścia, znów natknąłem się na Eleanor, tym razem nie przypadkiem. Podeszła do mnie z miłym uśmiechem i przywitała się. Czułem się trochę, jakby czytała mi w myślach, bo w końcu chciałem z nią dłużej porozmawiać. Wspominała coś o tym, że często mnie tam widywała mimo że nie do końca tam pracowałem, o pogodzie, choć ostatecznie temat zszedł na Louisa. Pochwaliła go jako szefa, zgodziłem się z tym i potwierdziłem, że jako przyjaciel też jest świetny. Myśląc o tym, co niedawno stało się w łazience, bawiły mnie moje kłamstwa. Eleanor zaczęła trochę nieśmiało patrzeć w ziemię, aż zebrała się i zapytała o coś, co wydawało się być nawet celem jej zaczepienia mnie.
- Skoro jesteś jego przyjacielem, to...wiesz może, czy ma kogoś? - zapytała, spoglądając na mnie dużymi oczami.
Nabrałem powietrza w usta, ale tak naprawdę nie byłem pewien, co powinienem był odpowiedzieć. Teoretycznie mogłem powiedzieć prawdę, nie całą, ale rąbek. Jednak stwierdziłem, że to mogłoby doprowadzić do nieporozumień, w końcu nikt nigdy nie widział Louisa z dziewczyną, poza tym ciężko byłoby wyjaśnić, dlaczego nie był z nią na firmowej imprezie. Skłamałem więc znów, że jest singlem. Dziewczyna wydawała się ucieszyć na tę wiadomość, ale bardzo nieudolnie starała się to ukryć.
Ja natomiast w drodze powrotnej zastanawiałem się, co myśleć o tym, że jego sekretarka pytała mnie o takie rzeczy.

niedziela, 14 grudnia 2014

Część 2 - A little party never killed nobody.

Biała. A może kremowa? Nie miałem pewności co do tego, ale była po prostu ładna. Wcześniej nie zwróciłem na to uwagi. Kolor farby w naszej w sypialni był naprawdę bardzo ładny.

Wpadłem na tę złotą myśl wlepiając wzrok w ścianę. Siedziałem, opierałem się o dłonie i gapiłem się na nią. Wbrew pozorom to nie było takie złe zajęcie. Wszystko było lepsze niż przebywanie piętro niżej, gdzie „impreza” trwała w najlepsze. Gorszej chyba nie widziałem.
Ludzie kręcili się po domu, oglądali z każdej strony meble i ozdoby, jakby byli w jakimś muzeum. Miałem wrażenie, że automatycznie wyliczali w głowie, ile co jest warte. Może i to robili, żeby móc potem ponarzekać, że ich szef ma to i tamto, a podwyżek im nie da. Alkoholu tak po prostu nie pili - degustowali go, jak koneserzy. Zanim usiedli gdziekolwiek, ze trzy razy oglądali to miejsce. Na jedzenie na szczęście nie narzekali i zachowywali się - jak na nich - normalnie, jedząc je. Jakby było inaczej, chyba bym oszalał. Choć i tak byłem temu bliski. Louis potrafił idealnie wpasować się w to towarzystwo, znał ten świat, po części do niego należał. Ale tylko, gdy elegancko się ubrał, uszykował, potrafił kompletnie zmienić swój charakter po zmianie stroju, jak i otoczenia. Podziwiałem go za to, mimo że „ten drugi” Louis był niesamowicie irytujący. To było trochę dziwne, jakby miał rozdwojenie jaźni, albo coś w tym stylu. Lecz to nie było to, po prostu opanował zachowywanie się adekwatnie się do sytuacji perfekcyjnie. Ja nie posiadałem tej umiejętności, właśnie dlatego po oficjalnej części i po wypiciu kilku mocniejszych, schowałem się w sypialni i gapiłem na tę nieszczęsną ścianę.
Postanowiłem trochę się orzeźwić, więc udałem się do łazienki. Na całe szczęście były dwie, na górze i na dole; więc nie musiałem martwić się, że ktoś będzie się tam kręcił. Chyba, że jakiś ciekawski gość, który miałby wielką potrzebę obejrzenia całego domu, ale rzecz jasna nie pozwoliłbym mu na to. Ochlapałem twarz zimną wodą, co pomogło mi tylko na chwilę odpędzić nużące zmęczenie. Zauważyłem jednak, że w kubku obok lustra leżą dwie szczoteczki. Nie było w tym nic dziwnego, lecz Louis bardzo starannie usuwał z domu ślady, które mogły świadczyć o tym, że mieszka tu ktoś jeszcze. Co prawda nikt miał nie wchodzić na górę, ale pomyślałem, że dla bezpieczeństwa powinien był jednak schować nawet rzeczy z tej łazienki. Skoro nawet on, który był przewrażliwiony tego nie zrobił, stwierdziłem, że ja też nie miałem powodu, aby to robić.
Usiadłem znowu na łóżku, a kiedy zacząłem myśleć, żeby jeszcze raz zejść na dół i zobaczyć, co się tam dzieje, do pokoju wszedł Louis. Uśmiechnął się do mnie krzywo, usadowił się obok i pogłaskał mnie po plecach.
- Wszystko dobrze? - zapytał po chwili ciszy.
- Jasne - odparłem. - Prócz tego, że tabun snobów zagląda nam do prawie każdego zakamarka domu, to jest świetnie.
- Już niedługo zaczną się zbierać, snoby nie lubią zbyt długo u kogoś siedzieć - powiedział, zmierzając już w stronę drzwi.
I tyle go widziałem. Ale w sumie nic dziwnego, gospodarz musiał w końcu panować nad tym, co się działo tam na dole, podczas gdy ja się chowałem. Przynajmniej zorientował się, że sobie poszedłem. Miło.
Głośno odetchnąłem i ciężko wstałem. W wejściu do sypialni wpadłem na kogoś, nie był to jednak Lou, tylko dziewczyna. Półmrok panujący w pokoju sprawił, że dopiero po paru sekundach zorientowałem się, że była to Eleanor.
 - Och, przepraszam - szepnęła. - Szukałam toalety i trochę zabłądziłam.
- Nic się nie stało - odpowiedziałem, wychodząc razem z nią z pomieszczenia. - Toaleta jest tutaj.
- Dziękuję - rzuciła i udała się do drzwi naprzeciwko, które jej wskazałem.
Zacząłem myśleć o drugiej szczoteczce dopiero po chwili, ale zbyłem to i stwierdziłem, że nie zwróci uwagi na ten szczegół. A nawet jeśli, przecież nie pomyśli, że jesteśmy parą, nic przecież na to nie wskazywało. O ile grałem tak dobrze, jak mi się wydawało.
Zszedłem piętro niżej. Znów poczułem jedzenie i alkohol, przez co poczułem się głodny jak i spragniony. Było tam o wiele bardziej duszno, niż na górze, więc otworzyłem okna, wpuszczając trochę świeżego powietrza. Tłum był mniejszy niż na początku i z czasem coraz bardziej się przerzedzał. Louis co rusz kogoś żegnał. Zacząłem chodzić i kalkulować, prawie jak oni, tyle, że ja liczyłem, jak długo będę musiał sprzątać ten syf. Wypiłem jeszcze jednego drinka, bo zaczęło mi być już obojętnie. Pijany nie byłem, ale najtrzeźwiejszy też nie. Eleanor zeszła z góry, wyglądała na trochę zagubioną. Nie znała tu prawie nikogo, zresztą tak jak i ja, ale ona ukryć się nie mogła. Było mi jej nieco szkoda. Pomyślałem, czy by z nią nie pogadać, ale podszedł do niej Louis, więc zrezygnowałem.
Tak się cieszyłem, że ci ludzie już niedługo opuszczą nasz dom, że poczułem się okropnie zirytowany, gdy podszedł do mnie jeden z gości. Opróżniłem szklankę do dna i postawiłem z hukiem na stole. Gość dziwnie na mnie spojrzał, ale mimo tego, nie zaniechał swoich planów rozmowy ze mną. A szkoda.
Jego koszula była obleśnie opięta, bo jego brzuch był zdecydowanie za duży do rozmiaru ubrania. Poprawił marynarkę, przeczesał ręką łysinę i odchrząknął.
- Dobry wieczór - powiedział donośnym głosem.
Byłem naprawdę wkurzony, bo chciałem tylko, żeby ci wszyscy ludzie stąd wyszli, żebym mógł iść spać bez obawy, że ktoś mi wlezie do sypialni.
- Świetna impreza, nieprawdaż? - kontynuował, próbując nieudolnie zachęcić mnie do rozmowy. - Jestem...
Miałem wielką ochotę zignorować go i po prostu odejść. I żałowałem, że tego nie zrobiłem, bo to by było o niebo lepsze od tego, czego dokonałem naprawdę.
- Nie oszukujmy się, mam głęboko w dupie kim jesteś - przerwałem mu i dopiero wtedy odszedłem.

Gdyby Louis to usłyszał zabiłby mnie, a moje zwłoki zakopał na zachodnim wybrzeżu Alabamy. Był jednak na drugim końcu pokoju więc nie miał prawa tego słyszeć. Nie ratowało to jednak mojego położenia, bo wiedziałem, że prędzej czy później ktoś mu się poskarży. Byłem zdecydowanie za mało trzeźwy, aby myśleć o konsekwencjach, albo chociaż zachować się w miarę grzecznie. Choć po cichu cieszyłem się, że powiedziałem to, co myślę, zbyt długo już fałszywie uśmiechałem się do każdego. Wiedziałem jednak, że jest o wiele więcej minusów niż plusów mojego zachowania. Rozejrzałem się jeszcze raz po salonie; gość, z którym rozmawiałem zniknął mi z pola widzenia, mimo że jeszcze przed chwilą stał jak wryty. Nie szukałem go, bo nie był mi potrzebny do szczęścia, wolałem nie spotkać go już nigdy. Starannie uniknąłem spotkania z rozmawiającymi Louisem i Eleanor, którzy mogliby „wspaniałomyślnie” chcieć wciągnąć mnie do rozmowy, po prostu poszedłem spać.

Dopiero na drugi dzień, rano, przypomniałem sobie co się stało i zacząłem nad tym rozmyślać. Przerażał mnie również fakt, że obudziłem się w łóżku sam. Nie miałem pojęcia, czy Louis spał w nocy ze mną, czy nie, bo zasnąłem od razu, nie budziłem się w nocy i nic nie czułem. Bolała mnie też głowa, ale to było do przewidzenia. Zastanawiałem się, czy Louis coś wiedział, ale żeby się o tym przekonać musiałem wstać, co zrobiłem z ogromną niechęcią. Nie uśmiechała mi się wizja zirytowanego Louisa, oraz całego syfu, który z pewnością został po wczorajszym.
Na dole nie zastałem ani tego, ani tego. Wszystko było czyste, pachnące i poukładane. Przy kanapie stał tylko worek z pustymi butelkami, a na kanapie leżało parę ubrań. Wszedłem głębiej, aż przy wejściu do kuchni zauważyłem Lou, który związywał worek ze śmieciami. Kiedy mnie zobaczył, uśmiechnął się szeroko.
- O, już wstałeś, śpiąca królewno - zaszczebiotał, składając na moim policzku pocałunek. - Jak się spało? Boli cię głowa?
- Tak...znaczy, dobrze spałem, i trochę boli mnie głowa - odpowiedziałem kompletnie zdezorientowany. - Ty to wszystko posprzątałeś?
- Oczywiście. Przecież nie mogłem pozwolić, żebyś jeszcze to sprzątał, i tak się napracowałeś - rzekł z troską. - Tak bardzo ci dziękuję, że się zgodziłeś na to, co się wczoraj tu działo, naprawdę.
Wywnioskowałem z tego wszystkiego, że nic nie wiedział o moim chamskim incydencie. Choć zadziwiło mnie trochę to, jak bardzo milutki był Louis. Nie żeby mi to przeszkadzało, ale jednak coś mi w tym nie pasowało. Był kochany, ale czułem się dziwnie, kiedy był taki dla mnie. Męczyło mnie trochę poczucie winy. Postanowiłem powiedzieć Lou, co wczoraj powiedziałem, zanim ktoś inny by mu to powiedział. Cóż, najwyżej skończę na Alabamie.
- Lou, bo wiesz, wczoraj nie zachowywałem się tak, jakbyś chciał - zacząłem.
- Wiem, Harry, wiem. Nie sądziłem, że tak szybko i łatwo wzbudzę w tobie poczucie winy - odparł ze śmiechem. - Ale nie mam ci tego za złe, czasami sam mam ochotę powiedzieć to niektórym z nich. Pieprzyć ich. Nigdy więcej ich nie zaproszę do domu, nie powinienem był cię do tego zmuszać.
Miałem najlepszego pod Słońcem, czy może najlepszego na całym świecie chłopaka? W każdym bądź razie, kamień spadł mi z serca. Zażyłem tabletkę na ból głowy i jedyne o czym marzyłem, to rozłożyć się na kanapie. Zebrałem więc ubrania, które na niej leżały. Wśród nich była koszula i marynarka Lou, ale także damski żakiet. Pewnie ktoś z gości o nim zapomniał. Postanowiłem przypomnieć o tym Louisowi później, bo mimo głębokiego snu, byłem wtedy cholernie zmęczony. Fizycznie, jak i psychicznie.

wtorek, 2 grudnia 2014

Część 1 - Routine

Chłodny, poranny wiatr wdarł się przez okno, mieszając się z ciepłym powietrzem, jakie unosiło się w pokoju. Słońce zaczęło przebijać się przez szyby, rozjaśniając pomieszczenie. No, a przynajmniej wydawało mi się, że to właśnie widziałem przez zlepione snem oczy. Przetarłem je leniwie i głośno ziewnąłem, ale oczywiście nie na tyle, aby obudzić skulonego obok, wtulonego w kołdrę w Louisa. Lekko dygotał, a na jego ramionach pojawiła się gęsia skórka. Nasunąłem mu kołdrę po samą szyję i położyłem na niej koc. Zamknąłem też okno, przez które wdzierał się nieprzyjemny chłód. Chciałem, aby chociaż przez te ostatnie kilkanaście minut jego snu było mu ciepło.
Zawsze wstawałem wcześniej. Nie ustawiałem sobie nawet alarmu, codziennie budziłem się prawie o tej samej godzinie, różnice były jedynie kilkuminutowe. Jako ranny ptaszek przyzwyczaiłem się już do tego. Louis miał ustawione co najmniej dwa budziki, a czasem nawet one nie pomagały, żeby go zbudzić, wtedy ja musiałem mu w tym pomóc. W końcu nie powinien spóźnić się do pracy, mimo że był swoim własnym szefem. Jaki przykład dawałby swoim pracownikom?
Prowadził własny interes, zresztą całkiem spory, jakim była agencja reklamowa. Ogromny budynek, mnóstwo pracowników na jego usługi, dobre dochody. To wszystko brzmiało świetnie, ale ogarnięcie tego codziennie pochłaniało większość jego czasu. Siedział w swoim cholernym biurze do wieczora. Nawet jeśli zdarzyło się, że wychodził wcześniej, pracował do późna w domu. Zazwyczaj wypełniał mnóstwo ponoć ważnych papierów. Szczerze mówiąc, nie znałem się na tym. Ciągle słyszałem tylko o papierkowej robocie, projektach i innych takich. Nie obwiniałem go oczywiście o nic, bo sam nie pracowałem. Mieliśmy po prostu pewien podział obowiązków, on pracował, ja dbałem o dom. Trochę jak w starym małżeństwie, ale nie, nie byliśmy nim.
Poranki były rutyną, ale mimo tego, lubiłem je. To były jedne z tych kilku chwil w ciągu dnia, które spędzaliśmy razem. Przygotowywałem nam obu śniadanie, choć czasami przez uwielbienie Louisa do snu, nie jadł go i w pośpiechu wychodził. Codziennie robiłem mu też drugie śniadanie, które teoretycznie powinien brać ze sobą, ale bardzo rzadko zdarzało się, aby go nie zapomniał. Przysięgam, choćbym mu przypomniał pięć minut przed wyjściem, aby je wziął, i tak by tego nie zrobił, gdybym nie wcisnął mu go w ręce. Przez to byłem dosyć częstym gościem w jego biurze. Niby tylko wpadałem wręczyć mu śniadanie, ale po cichu cieszyłem się, że mogłem tę chwilę z nim pobyć, odrobinę odciągnąć go od tej całej żmudnej roboty. To była jedyna pozytywna sprawa, bo cała ta jego firma i ludzie w niej pracujący wydawali mi się okropnie sztywni, jakby mieli kij, wiadomo gdzie.
Nikt też nie wiedział, że Louis i ja jesteśmy parą. Twierdził, że najlepiej by było, żeby nikt nie posiadał takich informacji, bo to mogło mu zrujnować opinię, i takie tam. Nie powiem, że byłem zadowolony, kiedy mi o tym powiedział, ale ostatecznie musiałem to zaakceptować. Nie zmieniło to mojego zdania, że to, co robił było głupotą. Na szczęście nie było żadnych problemów z moimi częstymi wizytami w jego biurze. Nikt nie zwracał na mnie szczególnej uwagi, a w sytuacjach, gdy ktoś dziwnie na mnie patrzył lub pytał, czy tam pracuję, byłem przedstawiany jako przyjaciel. Nie podobało mi się to, ale zrobić mogłem tyle co nic.
W każdym bądź razie, tamtego pięknego dnia, jak zwykle musiałem iść do biura mojej miłości. To znaczy, nie musiałem, ale jak już wspominałem, lubiłem to robić. Dlatego też pewien czas od wyjściu Louisa, sam stanąłem przed drzwiami budynku jego pracy. Na dworze w dalszym ciągu było dość zimno, więc kiedy tylko wszedłem, uderzyło we mnie przyjemne ciepło. Parter nie tętnił życiem, zauważyłem zaledwie kilka osób, do których w dodatku należał ochroniarz i sprzątaczka. Nie miałem ochoty wdrapywać się po schodach na najwyższe piętro, ale również nie przepadałem za przebywaniem w windzie z tabunem ludzi. Mimo wszystko wybrałem windę, lenistwo wygrało; wybór jednak okazał się dobry, bo było w niej kompletnie pusto. To dosyć rzadko spotykany widok, ale nie narzekałem. Poprawiło mi to odrobinę humor. Nie, żeby mój humor był wtedy zły, ale...no, po prostu ucieszyło mnie to.
Kiedy znalazłem się już przy drzwiach od biura, niewiele myśląc wprosiłem się do środka bez pukania. Miałem cichą nadzieję, że Louis był akurat sam. Łatwo się było domyślić, że wcale nie był. Stał przy biurku i nachylał się nad segregatorem, wyjaśniając coś kobiecie, która z uwagą go słuchała. Na dźwięk otwieranych drzwi oboje gwałtownie się obrócili, a ja rzuciłem szybkie „przepraszam” i zacząłem się wycofywać.
- Spokojnie, wejdź - odezwał się nagle Louis, wręczając kobiecie plik dokumentów.
Ścisnęła papiery w dłoniach i spojrzała na mnie z niemrawym uśmiechem. Nie widziałem jej wcześniej.
- To mój przyjaciel, Harry, pomaga mi w interesach. Harry, to Eleanor, moja nowa sekretarka. Poprzednia zrezygnowała i na szczęście szybko znalazłem kogoś na jej miejsce - wyjaśnił.
Jak na dżentelmena przystało, ucałowałem dłoń nowo poznanej dziewczyny. Już było oczywiste, czemu nie spotkałem jej w tym budynku nigdy wcześniej. Wydawała się być jednak inna, niż ta cała reszta bufonów, których tam widywałem. Była o wiele skromniejsza i młodsza. Bardzo szczupła, dosyć wysoka, o delikatnej urodzie.
- To wszystko, możesz już iść - powiedział grzecznie, otwierając Eleanor drzwi.
Dziewczyna obdarzyła nas obu nieśmiałym uśmiechem i wyszła. Zdawało się, że była sympatyczna. Choć pozory czasami mylą, byłoby nie fair, gdybym ją źle ocenił.
Położyłem na biurku pudełko z jedzeniem, karcąc Louisa za to, że znowu go zapomniał.
- Och, tak, wybacz. Mam tyle na głowie... - wytłumaczył się, podchodząc do szafki i chowając segregator.
- A więc od teraz pomagam Ci w interesach, tak? - zapytałem złośliwie.
- Pomyślałem, że to brzmi wiarygodniej - stwierdził.
Naprawdę się starałem, żeby na mojej twarzy nie pojawił się grymas, ale chyba mi się nie udało. Louis spojrzał na mnie i podszedł, obejmując mnie w pasie.
- Nie bądź zły, wiesz, o co mi chodziło, nie mogę teraz tak po prostu... - znów zaczął się tłumaczyć. Znałem tę gadkę.
- Tak, wiem, Lou, nikt nie może wiedzieć, rozumiem to - zgodziłem się, aby mieć spokój.
- Kocham Cię - uśmiechnął się szeroko, a wokół jego oczu pojawiły się zmarszczki.
Zbliżyłem się i złożyłem na jego ustach pocałunek, najpierw, jeden drugi, potem trzeci...w końcu on lekko się odsunął.
- Muszę już wracać do pracy, ale obiecuję, że wrócę dziś wcześniej - zapewnił mnie.
Przytaknąłem, a Louis usiadł przy biurku, zajmując się swoją pracą. Chwilę tak jeszcze stałem, ale kiedy ktoś zapukał, wiedziałem, że czas na mnie. Wychodząc wpuściłem do środka osobę, która stała przed drzwiami, a była nią znów Eleanor. Cóż, była nowicjuszką, może miała jakiś problem, że ponownie potrzebowała czegoś od Louisa. Nie zastanawiałem się nad tym dłużej i wróciłem do domu.
Tak naprawdę to wątpiłem w jego obietnicę. Zdarzało się już, że tak mówił, a ostatecznie dzwonił i przepraszał, że jednak nie da rady wyjść wcześniej. Dlatego byłem zdziwiony, kiedy faktycznie po południu mogłem cieszyć się już obecnością „domowego” Lou. W dodatku po zjedzeniu obiadu, nie wyjął milionów papierów ze swojej teczki i nie zaczął ich wypełniać, robiąc sobie domowe biuro. Zamiast tego leżał z głową na moich kolanach i oglądał razem ze mną telewizję; choć oboje mało skupialiśmy się na tym, co w niej leciało. Bawiłem się jego włosami, składając od czasu do czasu pocałunki na jego twarzy. Żałowałem, że nie możemy tak częściej. Zastanawiałem się trochę nawet nad powodem, dla którego Louis tak krótko dziś pracował. Nie dało się ukryć, że był pracoholikiem. Lecz nie miałem powodu, by narzekać, więc nie pytałem. Wolałem nie wspominać nic o pracy, bo jeszcze nagle przypomniałby sobie, że jednak musi coś zrobić.
Po jakimś czasie podniósł się z moich kolan i wpatrywał się we mnie chwilę.
- Harry, mam do Ciebie wielką prośbę - rzekł, spoglądając mi w oczy.
Oho, chciał czegoś. Możliwe, że to było powodem, dla którego był taki grzeczny. Patrzyłem na niego w oczekiwaniu, aż powie mi, o co mu chodziło.
- No, bo wiesz, niedługo, to znaczy na początku następnego tygodnia, jest druga rocznica firmy... - zaczął mówić, usiłując zrobić słodką minkę. - Pomyślałem, że dobrze by było, gdybym imprezę z jej okazji zrobił tutaj, u nas w domu...no i, zgodzisz się?
Po paru sekundach dopiero dotarło do mnie wtedy, o co mnie prosił. Chyba sobie jaja robił. Z własnej, nieprzymuszonej woli, miałem pozwolić, aby ta banda snobów kręciła się po naszym domu, piła alkohol z naszych kieliszków, jadła z naszych talerzy, siadała swoimi pozerskimi tyłkami na naszej kanapie? Nie było takiej opcji. W ogóle fakt, że Louis mnie o to zapytał, był zadziwiający, bo to oznaczało, że miał cichą nadzieję, iż się zgodzę. Biedny, mały, naiwny chłopczyk.
- Nie ma mowy - odpowiedziałem, starając się brzmieć stanowczo. - Nie, nie, nie. Nigdy w życiu. Rozumiesz? Nigdy.

W całym pomieszczeniu unosił się zapach jadła, alkoholu i cytrynowych środków czystości, którymi wypolerowany był każdy mebel. Dwa stoły były ze sobą zestawione tak, że tworzyły jeden wielki, zastawiony talerzami, serwetkami, sztućcami, szklankami i dzbankami. Dźwięk muzyki z radia, grającego w kuchni, komponował się z tykającym piekarnikiem.
Tak, wszystko było gotowe na nadejście tabunu bufonów do naszego domu. Po raz setny zaklinałem się w duchu, że się na to zgodziłem. Wciąż się zastanawiałem, jakim cudem, ale szybko przypominałem sobie metody przekonywania Louisa. Oczywiście na moją odmowę zaczął od ciągłego powtarzania „proszę”, wyrazów miłości i uwielbienia, a resztę sposobów owieję nutką tajemnicy, pozostawiając je dla siebie.
W tamtym momencie żałowałem, że tak się dałem. Cała stanowczość i odmowa poszła w cholerę. Zmiękłem. I za karę przez pół dnia gotowałem, żeby wyżywić tych buców oraz czyściłem każdy kąt mieszkania. Pocieszał mnie fakt, że przynajmniej mogłem w każdej chwili niezauważalnie ukryć się w sypialni na górze i przeczekać tam resztę imprezy po jej oficjalnej części. Podszedłem do lustra, które wisiało na ścianie w salonie i przeglądając się w nim, poprawiłem krawat. Och, oczywiście musiałem jeszcze wbijać się w garnitur. Poczułem na sobie ręce oplatające moje biodra, nawet bez patrzenia w lustro pewne było, że to dłonie Louisa.
- Tak się cieszę, że się zgodziłeś - wyszeptał, składając pocałunek na moim policzku.
- Nie odzywaj się, dobrze wiesz, że nadal jestem przeciw temu wszystkiemu. Po prostu grałeś nieczysto - burknąłem.
- Wszystko będzie dobrze, promyczku, zobaczysz, że wszyscy rozejdą się do domów, zanim się obejrzysz. Ale pamiętasz, kim masz dla mnie być, kiedy tylko pojawią się goście? - upewnił się.
- Jakże mógłbym zapomnieć, szanowny kolego od interesów - wymamrotałem i odsunąłem się od niego.
Pytał mnie już chyba ze trzy razy, czy o tym pamiętam. To stało się naprawdę irytujące. Zwłaszcza, że ta cała szopka była idiotyczna. Ale nie zamierzałem go zawieść. Postanowiłem przykleić uśmiech na twarz i jakoś to przetrwać. Pukanie do drzwi zbiegło się z dźwiękiem gotowego posiłku, czekającego w piekarniku. Louis udał się otworzyć, a ja poszedłem do kuchni, aby nie spalić tego cholernego mięsa. Kiedy usłyszałem głosy gości i ich stukające o kafelki buty, odetchnąłem głośno. Zaczęło się.
___________________________________________________

Przeczytałaś? Wyraź opinię w komentarzu ♥ 
+ informuję o nowych rozdziałach na twitterze, jeśli chcesz, napisz swoją nazwę. 

DIFFERENCES.

Opis: Louis, kiedy wychodzi do pracy, jest poważnym, pewnym siebie, profesjonalnym przedsiębiorcą ubranym w koszulę i garnitur. W domu, po roztrzepaniu włosów i założeniu ulubionych dresów, staje się uroczym, kochającym swojego chłopaka Louisem.Wszystko jednak zaczyna się zmieniać, kiedy w firmie zostaje zatrudniona nowa sekretarka - Eleanor.

Część 1 - Routine
Część 2 - A little party never killed nobody
Część 3 - Nice break 
Część 4 - Empty house...or not? 
Część 5 - Sit your ass down

PAINFUL LOVE.

Opis: Harry ma problemy z panowaniem nad agresją i coraz częściej krzywdzi swoją miłość, nie zastanawiając się nad konsekwencjami.

Rozdział 1 - My dark side
Rozdział 2 - I'm sorry
Rozdział 3 - Don't tell anyone
Rozdział 4 - What the fuck is going on?
Rozdział 5 - Read All About It
Rozdział 6 - I've lost you
Rozdział 7 - He's an angel
Rozdział 8 - Mistake
Rozdział 9 - I will hold you tight
Rozdział 10 - Without words

sobota, 1 listopada 2014

Rozdział 10, OSTATNI - Without words.

 Tak jak wspominałam wcześniej, to już ostatni rozdział. :) Ładnie zaokrąglona, ostatnia dziesiątka. Wiem, że w porównaniu do wielu opowiadań jest ono krótkie, wiele razy ktoś wspominał, że rozdziały są krótkie, ale tak było w planach, ff miało być krótkie, nie chciałam rozwlekać go na nie wiadomo ile, bo bardzo skupiałam się na jednym wydarzeniu.
Nie przedłużając, mam nadzieję, że komuś miło się to czytało i że nie jest rozczarowany zakończeniem, mimo iż liczba czytelników jest bardzo znikoma ♥ 
Enjoy!
Ciemne, gęste chmury zebrały się na niebie, nie zapowiadając zbyt ładnej i suchej pogody. Wiatr, choć jeszcze całkiem niedawno spokojny, zerwał się; zaczął szeleścić liśćmi, tymi na drzewach jak i na ziemi oraz wlókł ze sobą po betonowym chodniku puste, plastikowe butelki, które ktoś bezczelnie wyrzucił. Momentami można było nawet usłyszeć świst, jaki towarzyszył wiatrowi i głośne zażalenia ludzi, którzy mieli jeszcze daleko do domu. Pogoda w sumie pasowała do sytuacji, w jakiej się znajdowałem. Niezdecydowany, burzliwy chaos. Choć to może bardziej oddawało to, co działo się w mojej głowie. Moje myśli nie były zbyt poukładane. Podejrzewałem, że Louisa też, bo wyglądał na zmieszanego. Mimo że nie staliśmy już w objęciach praktycznie w progu drzwi domu, w którym się zatrzymał. Trzymał w dłoniach kubek z herbatą, przekładał go z ręki do ręki i wlepiał wzrok w plaster cytryny, który pływał na wierzchu. Albo patrzył na swoje buty, a może na brudny, beżowy dywan pod jego butami, nie potrafiłem tego dokładnie ocenić, ale dla mnie wyglądało, jakby patrzył właśnie na tę cytrynę, jakby miała mu dać jakąś złotą, życiową radę. Co jakiś czas zerkał również na swoje spakowane walizki, które stały pod ścianą.
Tak, zabrał swoje rzeczy z tamtego domu. Byliśmy wtedy w pokoju hotelowym, który wynajmowałem. W zasadzie to było mniej więcej to, czego chciałem, odkąd w ogóle przyjechałem do tego miasta, ale jednak nie czułem jakiejś szczególnej euforii. Nic jeszcze nie było pewne. Louis przyszedł ze mną tylko i wyłącznie przez to, że zostanie dłużej w tamtym mieszkaniu nie było zbyt bezpieczne. Przynajmniej takie odnosiłem wrażenie. Nie ukrywam, że miałem wtedy cichą nadzieję, że może było coś jeszcze, co sprawiło, że zdecydował się iść ze mną. W każdym bądź razie, był tam ze mną i nie miał dokąd pójść. Wyjaśniając całą sytuację, David faktycznie w jakiś sposób go oszukał. Na początku Louis nie chciał nic powiedzieć, ale w końcu się wygadał. W końcu nie miał nic do stracenia. Podejrzane typy, których wcześniej widziałem, chcieli po prostu od Louisa pieniędzy za mieszkanie, w dodatku nie opłatę za jeden miesiąc, ale za cztery. Gęsto się tłumaczył, że nie on za to płaci, ale oni chcieli pieniędzy od osoby, która obecnie tam mieszkała. Jakimś cudem zgodzili się, żeby dać mu dodatkowe dwa dni, prawdopodobnie ze względu na to, że nie był Davidem, z którym głównie prowadzili interesy. Ten dupek najzwyczajniej w świecie skłamał, że mieszkanie jest jego, nie był wcale takim bogaczem, jakim wydawał się być. Miał spore długi za wynajem mieszkania, podejrzewałem, że dawał im coś w zastaw, żeby przedłużać terminy spłat. Chyba skończyły mu się propozycje, więc wkręcił Louisa. Miałem szczerą ochotę go znaleźć i zabić, jedyną przeszkodą było to, że nie wiedziałem, gdzie jest, Louis zresztą też nie. Nie mógł się do niego dodzwonić, ciągle włączała się poczta głosowa. Pewnie już się przygotował na to, że będzie się do niego dobijał, więc wyłączył telefon albo i zmienił numer. Okazał się cwańszy, niż się wydawał, ale i tak nie pomyślał, że to i tak jego będą ścigać. Może miał nadzieję, że Louis nie będzie chciał ze mną wrócić i ze względu na tymczasowy brak innego miejsca pobytu, będzie zmuszony zostać w tym cholernym, zadłużonym mieszkaniu. To wszystko było głupie i dziecinne, nie mogłem uwierzyć, że David zrobił taką głupotę, pomimo tego, że wiedziałem, iż nie grzeszył inteligencją. Nie mieściło mi się to w głowie.

Moje myśli kręciły się wtedy wokół jednego, desperackiego zdania, które chciałem wypowiedzieć. Było proste i głupie, ale tylko na to było mnie wtedy stać. Proszę, wróć ze mną. Przerażała mnie moja własna bezsilność. Miałem wtedy wielką szansę, którą z łatwością mogłem zaprzepaścić. Wystarczyło parę źle dobranych słów, a nawet gestów. Czułem, że wolałby mieszkać pod mostem, niż znów ze mną. Nie wiedziałem dlaczego, ale moje nastawienie znacznie się pogorszyło, wcześniej byłem bardziej pewny siebie, sądząc, że jakoś w końcu przekonam Louisa, aby ze mną wrócił. W tamtej sytuacji, mimo wszelkich ułatwień, poczułem wielki ciężar. Bez słowa wyszedłem z pokoju i wybiegłem przed hotel, aby zasięgnąć świeżego powietrza. Opuszczając pomieszczenie, usłyszałem jak Louis cicho odetchnął z ulgą, a przynajmniej miałem takie wrażenie. Możliwe, że sobie to wmówiłem, ale widziałem, że on też potrzebował chwili samotności. Dlatego też nie zadawał pytań, mimo mojego nagłego wyjścia. Najpierw odruchowo wyjąłem papierosa, żeby się uspokoić, ale po jednym zaciągnięciu się tytoniem, wyrzuciłem go do kosza. Poczułem, że tym razem to nie pomoże. Ten nieszczęsny papieros nie sprawiłby, że ten ciężar by spadł. Nie chciałem papierosa. Chciałem Louisa. Chciałem znów móc sprawić, że mi zaufa. Chciałem, żeby budził się obok mnie. Chciałem, żeby się mnie nie bał. Chciałem mieć go po prostu przy sobie. Szczęśliwego.
I byłem tak blisko, a jednocześnie daleko od moich pragnień.
Kiedy wróciłem, Louis siedział ciągle w tym samym miejscu i tej samej pozycji, jakby nie drgnął przez ostatnie pięć minut. Zmierzył mnie wzrokiem i odstawił kubek po herbacie. Spojrzał na mnie i uśmiechnął się niemrawo. Sam nie wiedziałem, dlaczego to zrobił, ale dodało mi to odrobinę otuchy. Musiałem jak najszybciej przerwać tę niezręczną ciszę, w końcu nie mogliśmy siedzieć tutaj w nieskończoność, patrzeć się na siebie i nie mieć pojęcia, co ze sobą zrobić. Zachowywaliśmy się trochę jak dzieci. Ja nie miałem zamiaru w nic w grać. Moim celem na tamtą chwilę było obudzenie się na drugi dzień w domu, w Londynie, obok Louisa. Dlatego podszedłem do niego i upadłem przed nim na kolana. Podniósł wzrok, nie bardzo wiedząc, co chciałem zrobić. Nasze twarze były praktycznie na tej samej wysokości, w końcu był niższy, więc on siedząc był na równi ze mną, gdy klęczałem. Złapałem go za dłonie, były bardzo ciepłe, albo wydawały mi się takie, bo moje przeszywało zimno. To był idealny przykład, jak bardzo się różniliśmy. On był ciepłem, a ja zimnem. On był ogniem, ja lodem.

Mimo tego zacisnął palce na mojej dłoni, mocno, jakby nie chciał dać mi odejść. A było na odwrót. To ja nie chciałem, żeby odszedł. Nie znowu. Chciałem puścić jedną rękę, aby dotknąć jego twarzy, ale nie pozwolił mi na to. Wciąż trzymał.
- Nie puszczaj. Nie teraz - szepnął cienkim głosikiem, głośno oddychając.
- Lou, ja... - odpowiedziałem, podejmując próbę powiedzenia mu czegokolwiek.
- Kocham cię. Kocham cię, Harry.
Powiedział mi to. Powiedział, że mnie kocha. A przecież jedyne co zrobiłem, to uklęknąłem i złapałem go za dłonie. Zaledwie wydukałem jego imię, choć miałem mu tyle do powiedzenia, do przepraszania. A on nie chciał tego słuchać. Nie potrzebował. Wpatrywał się w moje oczy, jakby wyczytywał z nich wszystko, o czym myślałem. Nie miałem pojęcia jak, i bardzo długo się nad tym zastanawiałem, ale stwierdziłem, że tak już miało być, i już. Zrozumieliśmy się bez słów. Nie zawsze co prawda, ale w tamtej chwili tak. Miałem wtedy ochotę rozpłakać się jak małe dziecko i rzucić mu się na szyję, ale ograniczyłem się do pojedynczej łzy i odwzajemnienia miłości. Tym razem słowami, choć gestami też. Słów nie ma sensu przytaczać, były zbyt chaotyczne i desperackie, bo byłem wtedy tak szczęśliwy, że nie stać mnie nie było na nic innego. Louis po prostu się uśmiechał, z czasem nawet śmiał i kazał zamknąć. Zamknął moje usta swoimi.

Tyle kombinowania, starań się, a on...ach, zresztą. Najważniejsze było, że do jasnej cholery, wrócił ze mną do Londynu. Musiałem dotrzymać też obietnicy, którą złożyłem mu w lawinie słów, które były co prawda niepoukładane, ale on wziął sobie każde słowo do serca. Zacząłem chodzić na terapię. Próbowałem w delikatny sposób przekonać Lou, że tego nie potrzebuję, bo przecież tyle razy sam się powstrzymałem od agresji...ale on bardzo łatwo mnie zbył, sądząc, że tylko tak mi się wydaje i to nic nie znaczy. Nie wiedziałem, ja czułem się bardzo pewny, ale chciałem dotrzymać obietnicy. Chodziłem tam tylko dla niego, ale miałem nadzieję, że z czasem zacznę tam chodzić również dla siebie. Musiałem się zmienić i bardzo starać, ale gdy myślałem o fakcie, że Louis znów jest przy mnie, byłem przekonany, że mogłem zrobić wszystko. Spełnić każdą prośbę, zachciankę...ja pewnie bym to wykorzystał, ale to ja. Louis w końcu taki nie był i nie starał się mnie podświadomie szantażować. Oh, kolejna rzecz, którą musiałem w sobie zmienić. Daleko mi było do perfekcji. A Louisowi? Tak naprawdę nie wiem, nie patrzyłem na to zbyt obiektywnie. Dla mnie był idealny.

środa, 1 października 2014

Rozdział 9 - I will hold you tight.

 To była ponad dwumiesięczna przerwa, i głupio mi z tym, ale wena mnie opuściła i pisałam naprawdę małe fragmenty co jakiś czas, ale nareszcie coś tam się uzbierało na rozdział. Mam nadzieję, że ktoś będzie jeszcze chętny kontynuacji czytania, pocieszę, że to prawdopodobnie przedostatni rozdział. :) Enjoy.
________________________________________________________

Nikt nie powiedział, że będzie łatwo. Ale nie czułem się rozczarowany - sam nigdy tak nie zakładałem. Nie robiłem tego, żeby uniknąć właśnie rzekomego rozczarowania, które z pewnością przyszłoby po tym, kiedy myślałbym, że dostanę coś ot tak. Nie komplikując - dostałem kopa w dupę i po części spodziewałem się tego. Przez brak wiary w powodzenie. Sprytne, prawda?
Wiem, że wcale nie.
Ten niebieskooki, niziutki chłopak miewał w przeszłości swoje fochy, w zasadzie było to zanim zacząłem być tym oschłym chamem, później najzwyczajniej w świecie bał się je strzelać. Troszkę za nimi tęskniłem, szczerze mówiąc. Za tymi małymi, nieistotnymi kłótniami, po których Louis był (lub udawał), że jest obrażony, a ja zawsze go przepraszałem, mimo, że zgrywał nieugiętego. Takie coś było potrzebne, w końcu nie istniały perfekcyjne związki bez kłótni. Takie zbyt długo by nie przetrwały. No, tylko nasze kłótnie przerodziły się w coś gorszego, ale tę historię już znacie. Chciałem tego nie rozpamiętywać, ale nie potrafiłem. Z resztą, nic dziwnego. Poza tym, zapomnienie problemu nie sprawi, że zniknie. A nawet jeżeli wszystko by działało na tej zasadzie, wbrew pozorom nie byłoby tak łatwo. Po prostu zapomnieć. Zapominanie to cholernie trudna rzecz - myślisz, o tym, żeby zapomnieć, co sprawia, że jeszcze bardziej o tym pamiętasz. A nawet jeśli nie robisz tego na siłę i czekasz, aż to samo odejdzie, to i tak będzie zbyt trudne. Wszystko sprowadza się do tego, że problemy trzeba naprawiać, a nie zapominać. O ile się da. W sumie, zawsze da się coś zrobić. Cokolwiek.
W moim przypadku, sam nie wiedziałem, czy mogłem coś jeszcze zrobić. Zrobiłbym wszystko, ale na myśl nie przychodziło mi nic, prócz nachodzenia go i błagania o przebaczenie, co raczej nie poskutkuje. Chociaż, za drugim razem, przyjął mnie milej, niż wcześniej. Oparł się mi, ale żałował, bo chciał się ode mnie odciąć, a ja mu to utrudniłem. Zrządzenie losu, że zawsze musiałem coś spieprzyć. Choć w moim przypadku, chyba bardziej spieprzyć się nie dało. W każdym bądź razie, postanowiłem, że odwiedzę Lou jeszcze raz. Może bez celu, może aby pokazać, że mi zależy. Nie wiedziałem. Nie chciałem jednak robić tego od razu, ani ja, ani on nie byliśmy gotowi, żeby znów się zobaczyć. Wierzyłem, że gdy ochłonie, potraktuje mnie lepiej. Byłem zdolny gnić w tym cholernym Derby, aż stracę wszystkie pieniądze, nie miałem zamiaru wracać do Londynu sam, nie wyobrażałem sobie wrócić do pustego domu. To jak odwrócić się od wszystkiego, co daje ci szczęście i wskoczyć w czarną, pustą dziurę. Może Louis liczył, że to zrobię. Może naprawdę mnie już nie chciał, ale tak głupi, zdesperowany i zakochany idiota jak ja, kompletnie się tym nie przejmował.
Czasami wciąż nie docierało do mnie, że go straciłem. Naprawdę nie miałem pojęcia, co miałem wcześniej w głowie. Fakt, nadal nie powstrzymywałem agresji w stu procentach, ale desperacko próbowałem kierować ją na siebie, na cokolwiek innego, tylko nie na Louisa. W zasadzie, ostatnio byłem bardziej zły na siebie, niż na niego. Nie był niczemu winny. Po prostu pękł. Był wrażliwy, cholernie. Ja niestety nieszczególnie. Byliśmy różni, była między nami ogromna przepaść, teraz była jeszcze większa i czułem, jak zwiększała się z każdym dniem, godziną, minutą, sekundą. Przez to wyniszczające uczucie, chciałem jak najszybciej znów się z nim zobaczyć, choć powinienem się wstrzymać. Denerwowałem się tak, że paliłem papierosa za papierosem, mimo że wcześniej robiłem to tylko okazyjnie. Nigdy się nie spodziewałem, że tak się poczuję. Gdybym tylko wiedział. Ale nie wiedziałem, tak najwidoczniej musiało być, nie mogłem cofnąć czasu. Gdyby była taka możliwość, z jednej strony byłaby cudowna, ale z drugiej wszystko by się pokręciło do reszty. Jeżeli w cofniętym czasie świadomość by zostawała, uczucie, że bylibyśmy w ogóle do czegoś takiego zdolni, byłoby niszczące. Poza tym, wtedy nikt by się nie uczył na błędach. Ja czułem, jak z każdym dniem uczyłem się coraz więcej, mimo że tylko siedziałem w tym cholernym hotelowym pokoju, marnowałem pieniądze, mało spałem, piłem kawę, paliłem papierosy i myślałem, nie lekko, zwyczajnie - męcząco, głęboko i dobitnie.
Lecz idąc ponownie w stronę domu zamieszkiwanego przez Louisa, nie myślałem zbyt wiele. Zawsze, kiedy zamierzałem się z nim spotkać, miałem pusto w głowie i zero pojęcia, co chciałem powiedzieć. Chyba nie byłem po prostu w stanie ująć w słowa tego całego wewnętrznego bałaganu. Niby cel był prosty, chciałem najzwyczajniej w świecie wrócić z nim do Londynu, ale z każdym dniem wszystko komplikowało się coraz bardziej. Nie wiedziałem, jaka była wtedy perspektywa Louisa, co o mnie myślał, czy mnie kochał, nienawidził. Utrudniało mi to wszystko, zwłaszcza, że nawet jakbym wprost zapytał, prawdopodobnie by mi nie odpowiedział, ale chciałem go mieć przy sobie, bez względu na odpowiedź. Lub jej brak.
Skręciłem w alejkę otoczoną wysokimi, ceglanymi murami, a po przejściu przez nią, ujrzałem dom, który stał nieopodal. Przed domem stał duży, srebrny bus, który z pewnością nie należał ani do Louisa, ani Davida. Zanim zdążyłem sobie cokolwiek pomyśleć, drzwi gwałtownie i szeroko otworzyły się, z domu wyłoniło się trzech gości, krępych, wysokich dwóch z nich miało na nosie okulary przeciwsłoneczne. Wpakowali się do pojazdu i poprowadzili w niej krótką konwersację, której nie byłem w stanie usłyszeć. Poczekałem na końcu alejki, gdzie przystanąłem, kiedy zobaczyłem podejrzanego busa i poczekałem, aż odjechali. Miałem cholernie złe przeczucia, bo wizyta takich ludzi raczej nie była pokojowa. Mimo tego spokojnie podszedłem do drzwi i grzecznie zapukałem. Cisza. Powtórzyłem czynność, ale nadal nikt nie odpowiadał, prawdopodobnie byłem ignorowany, więc pociągnąłem za klamkę i ostrożnie pchnąłem drzwi. Pierwsze co ujrzałem, to Louis, stojący nieruchomo przy ścianie. Jego twarz nie wyrażała żadnych emocji, mimo mojej niespodziewanej wizyty. Patrzył pusto przed siebie, a po chwili przeniósł wzrok na mnie, ale jego wygląd nie zmienił się.
- Oszukał mnie - wyszeptał nagle. - Oszukał i zniknął.
- Co? Kto, David? Jak cię oszukał? - zapytałem zdziwiony, niewiele rozumiejąc z tego, co mówił.
- Nie mam już nikogo, wszyscy mnie oszukali - powiedział, ignorując moje pytania.
- Lou... - odpowiedziałem, nie wiedząc, jak zareagować na jego dziwne słowa.
Chciałem znów zacząć pytać, nabrałem powietrza, ale wypuściłem je i nie powiedziałem nic, bo Louis zaczął płakać. Nagle, głośno i z żalem. Mówienie czegokolwiek było wtedy kompletnie bez sensu. Więc po prostu trzymałem go w ramionach, mocno, ale jednocześnie delikatnie, a on płakał, na moim ramieniu, nie zważając na to, czy ta sytuacja była dziwna, nieodpowiednia. Ale nie była. Coś dobrego było w tym, że on płakał, a ja go po prostu trzymałem.

sobota, 26 lipca 2014

Rozdział 8 - Mistake.

To nie było zakończenie, jakiego oczekiwałem. Mimo, że w zasadzie to nie był jeszcze koniec. Chodziło mi raczej o zakończenie tej całej sytuacji, bo wyszedłem z mieszkania naprawdę ciężko, tak, że musiałem usiąść na ławce w pobliżu. Nie wiedziałem, że poczucie winy jest aż tak mentalnie ciężkie, że aż sprawia wrażenie ciężaru fizycznego. Chociaż, może nie tylko to uczucie sprawiało, że czułem się taki ciężki. Zazdrość, złość, rozczarowanie, bezsilność? Tak, chyba było jeszcze całkiem sporo tego, ale czasami trudno jest nazwać każde uczucie. Nie było obce, prawdopodobnie dopadało każdego człowieka, ale żaden nie był w stanie go określić, najzwyczajniej w świecie uważał, że czuje się źle, choć to nie było to. Wszyscy je znali, lecz go nie nazywali.
Dobrze wiedziałem, że nie odpuszczę i czułem, że Louis również o tym wie. Dlatego moje odwiedziny na drugi dzień, wnioskując po jego minie, nie były dla niego niespodzianką. Davida nie było w domu, czego osobiście dowiedziałem się sam - widziałem go przypadkiem, gdy jakiś czas temu wyszedł, prawdopodobnie do swojego domu. Na całe szczęście nie mieszkali razem. Nie miałem ochoty oglądać go u boku Louisa, zależało mi na tym, żeby zastać go samego, tym razem mógłby już nie być tak miły i nie wyprosić swojego przyjaciela, tak jak zrobił to ostatnim razem. Zwłaszcza, że ten typ zdecydowanie za bardzo miesza się w nie swoje sprawy.
Po twarzy Lou, kiedy otworzył drzwi, prócz obojętności malowała się również chęć trzaśnięcia mi drzwiami przed nosem, dlatego aby temu zapobiec, wysunąłem nogę do progu. Zauważył to i spojrzał na mnie krzywo, zdecydowanie niezadowolony, że przeszkodziłem mu w tym zamiarze.

- Nie dasz mi spokoju tak łatwo, prawda? - zapytał, opierając się o futrynę.
- Prawda - odpowiedziałem łagodnie. - Mogę wejść?
- Nie mam wyboru - bąknął, spoglądając na mnie ponuro.

No dobra, może nie dałem mu za bardzo wyboru tego, czy chce ze mną rozmawiać czy nie, bo nawet jeśli by mnie nie wpuścił wiedziałby, że będę się dobijać, a najwidoczniej wolał rozmowę niż awanturę. Pewnie żałował, że w ogóle otworzył te drzwi, ale starałem się w tamtej chwili to ignorować i cieszyć się z kolejnej okazji rozmowy. Wszedłem za Lou do salonu, po czym zacząłem rozglądać się po pomieszczeniu, bo podczas mojej poprzedniej wizyty w ogóle nie zwróciłem na nie uwagi. Na ścianie wisiał plazmowy telewizor, naprzeciwko niego stał niewielki stolik i skórzana kanapa, pod którą położony był futrzany dywan. Parę regałów, wieża. Nie wyglądało to biednie, wręcz przeciwnie, więc David musiał być dziany, skoro miał na własność takie mieszkanie, w dodatku wcale w nim nie mieszkał, tylko prawdopodobnie na ogół wynajmował. Coraz mniej się nim przejmowałem, byłem pewien, że Louis nic do niego nie czuje, po prostu stara się wzbudzić we mnie zazdrość, poza tym, jest dla niego miły, bo w końcu to on zapewnia mu umiejscowienie tutaj. Wykorzystuje go, a ten idiota z pewnością ma nadzieję, że coś z tego będzie. Nie doceniłem Louisa, był sprytny.
Podniosłem i spojrzałem na swoją prawą dłoń. Była owinięta bandażem na palcach. Zanim wczoraj wyszedłem, Louis obandażował mi ją, po tym jak we wściekłości uderzałem pięścią w pozostałości po wazonie. Sam nie wiedziałem, co mnie wtedy opętało i żałowałem tego, bo nie było mi zbyt wygodnie z bandażem, miałem go zresztą zdjąć dziś rano, ale sam nie wiedziałem, dlaczego tego nie zrobiłem. Postanowiłem zrobić to w tamtej chwili, zacząłem go powoli odwijać. Louis cały czas przyglądał mi się w ciszy. Żadne z nas na razie nie miało odwagi się odezwać, choć ja powinienem to zrobić pierwszy, w końcu to ja chciałem z nim porozmawiać. Wrzuciłem bandaż do kosza, który stał przy wejściu. Na palcach było widocznie kilka zacięć, ale nie bolały już tak bardzo i nie krwawiły. Po części cieszyłem się, że to ja ucierpiałem, zamiast kogoś innego. Wiecie kogo mam na myśli.
Pomyślałem, że powinienem przerwać tę ciszę. Tak naprawdę nie wiedziałem co chcę mu powiedzieć, nigdy nie planowałem rozmów, bo uważałem, że to przynosi pecha, bo nigdy wszystko nie pójdzie po naszej myśli. Nie miałem pojęcia jakimi słowami mógłbym chociaż próbować przekonać go, żeby wrócił ze mną do Londynu. Miałem kompletną pustkę w głowie, więc ostatecznie nie powiedziałem nic, tylko podszedłem do niego bliżej, o wiele bliżej. Niewiele myśląc położyłem rękę na jego policzku, przez moment wyglądał, jakby chciał ją odsunąć, ale nie zrobił tego, więc zacząłem głaskać go kciukiem.

- Lou...Lou, kochanie, to nie musi się tak skończyć, wiesz? - zacząłem łagodnie. - Nie musi. Możemy być szczęśliwi, wiesz o tym, wiesz o tym doskonale, wszystko może być znowu idealne...
- Nie...nie może być tak znowu, bo tak nigdy nie było - szepnął, ciężko oddychając.

Ująłem jego twarz w dłonie. Udawał, że był silny, próbował być obojętny i oziębły gdy przyszedłem, ale ja wiedziałem, że on nie potrafił taki naprawdę być. Nie był taki jak ja. Był moim zupełnym przeciwieństwem. Dlatego czasami zastanawiałem się, jak to się stało, że mnie kochał. Normalne było, że ja zakochałem się w nim, on miał przecież w sobie tyle pozytywnych cech, był cholernym ideałem, tymczasem związał się ze mną, obojętnym skurwysynem, który z czasem przestał liczyć się z jego uczuciami. Potrafiłem być czuły, ale co z tego, skoro byłem obojętny na jego krzywdę przez tak długi czas. Nie zasługiwałem na niego ani trochę, ale nie byłem w stanie z niego zrezygnować. Wykorzystywałem jego brak umiejętności kompletnego niezważania na cudze uczucia. Nie przestawałem go głaskać, aż gwałtownie przysunąłem się do niego i lekko popchnąłem nas na ścianę. Zacząłem obdarowywać jego szyję pocałunkami, jeździć dłoniami po plecach, przytulać. Poczułem minimalny opór z jego strony, który za chwilę zniknął całkowicie. Spojrzałem w jego oczy, były napełnione łzami, nie rozumiałem dlaczego, bo nie robiłem mu krzywdy. Przetarłem je dłonią, kiedy spłynęły po zarumienionych policzkach, po czym ucałowałem usta, najpierw delikatnie, później namiętniej. Oddawał pocałunki, więc jego łzy były bezpodstawne, nie zmuszałem go do niczego. Nie miał oporu do tego, gdy zdjąłem mu koszulkę, wyssałem kilka malinek na jego podbrzuszu i szyi, sam zaczął ściągać moje ubrania i nawet po omacku zaprowadził nas do wielkiego łóżka w sypialni. Najwidoczniej nie przeszkadzało mu też, gdy go pieprzyłem. Chociaż, nie, kochaliśmy się, to zdecydowanie było kochanie się, nie zwykłe pieprzenie. Starałem się nie zrobić mu krzywdy, chyba w życiu nie byłem tak bardzo delikatny podczas seksu. Myślałem, że go odzyskuję...
...ale niestety pomyliłem się. No cóż, mogłem się tego spodziewać, to by było za proste, chociaż bardziej bym zrozumiał, gdyby odepchnął mnie kiedy tylko go dotknąłem, a nie zachował się tak, jak się zachował po tym, jak się kochaliśmy. Leżeliśmy chwilę po wszystkim, kiedy on nagle wyskoczył jak oparzony, zabrał swoje ubrania i zamknął się w łazience. Sam ubrałem się w sypialni, a potem dobijałem do łazienki, kiedy ten się nie odzywał. A kiedy w końcu wyszedł, kazał mi wypierdalać. Otworzył szeroko drzwi i w tej chwili kazał mi wyjść i więcej nie pokazywać się na oczy. Dlaczego? Bo to przemyślał. Moje słowa, przed tym wszystkim. Stwierdził, że nie możemy być szczęśliwi. A seks? To było pod wpływem chwili, to nic nie znaczyło. W ogóle, to był błąd. Według niego oczywiście.
Nic już nie rozumiałem. Hej, nie zostałem gejem po to, by znosić tego typu fochy...
__________________________
ważne! Jeżeli przeczytałaś ten rozdział - proszę, zostaw malutki komentarz. Chcę skończyć to opowiadanie, ale powolutku tracę motywację. Dajcie chociaż znać, że jesteście - to bardzo ważne :( 
przypominam o możliwości informowania o rozdziałach na twitterze.

środa, 25 czerwca 2014

Rozdział 7 - He's an angel.



Nie znałem tego miasta jak własnej kieszeni, choć bywałem w nim kilka razy. Mimo tego czułem się całkowicie zdezorientowany, kiedy zaparkowałem na pierwszym lepszym miejscu prawdopodobnie gdzieś blisko centrum. Derby było całkiem ładnym miastem, choć nie różniło się niczym od innych. Kamienne i szklane wieżowce, mnóstwo sklepów, szerokie ulice jak i te mniejsze, mniej oblegane uliczki, na których czasami kręcili się podejrzani ludzie. Chyba każde miasto miało swoją dziwną, różniącą się od reszty miasta dzielnicę, w której można było spotkać naprawdę nieciekawych typów, lub po prostu dostać w twarz. Wiedziałem na pewno, że nie zamierzałem szukać w takich miejscach Louisa, bo on sam też by nic w nich nie szukał. Znajdowałem się w takiej samej sytuacji, kiedy błądziłem po Londynie, tylko wtedy dodatkowo nie znałem zbytnio miasta. Początkowo czułem się naprawdę zmotywowany, ale szybko zacząłem tracić entuzjazm i zacząłem myśleć, że poniosły mnie emocje, że tak szybko zdecydowałem się tutaj przyjechać, bez niczego, prócz pełnego baku i gotówki w portfelu. Przeklinałem siebie, że nie wyciągnąłem od tego bęcwała więcej informacji o tym, gdzie przebywał Louis. Zacząłem iść przed siebie, jednak nie na tyle daleko, żeby się zgubić i stracić z pola widzenia mój samochód. Kręciłem się po prostu chwilę po ulicach, między ludźmi, rozglądając się, podświadomie szukałem wśród nich Lou, choć wiedziałem, że to nie będzie takie proste. W pobliżu zauważyłem tylko jakiś hotel, przeszło mi przez myśl, iż mógłbym tam go znaleźć, ale były na to nikłe szanse. Poza tym, myślałem, że prawdopodobnie i tak będę musiał się tutaj zatrzymać, na tak długo jak byłoby trzeba, choć wierzyłem, że nie zajmie mi długo zabranie Louisa ze sobą do domu. Miałem zamiar wrócić z nim, lub wcale. Bez względu na to jak bardzo musiałbym się wycierpieć w tym cholernym mieście.
Kręciłem się jeszcze, raczej żeby trochę poznać chociaż okolicę. Zaczęło się robić nieco chłodniej. Zanim udałem się do hotelu w celu wynajęcia pokoju, bo gdzieś musiałem spędzić tamtą noc, bo nie było już sensu szukać jeszcze tamtego dnia, wpadłem do jakiegoś pobliskiego sklepu i kupiłem kilka rzeczy do garderoby, bo nie wziąłem ze sobą niczego, wyruszyłem zbyt pochopnie i uświadomiłem sobie, że trochę czasu tutaj spędzę za późno. Miałem zamiar zacząć rozpocząć bardziej intensywne poszukiwania dopiero na drugi dzień.
Łóżko w hotelu może i było całkiem wygodne, ale i tak mało wtedy spałem. Mój mózg za bardzo był zajęty analizowaniem wszystkiego, żeby odpocząć i zasnąć. Marzyłem, żeby choć na chwilę o tym zapomnieć, nie martwić się, że nie mam pojęcia gdzie jest mój chłopak, który uciekł z mojej winy. Poza tym, nawet jeśli bym go znalazł, nie wystarczyłoby, żebym wziął go za rączkę, zaprowadził do samochodu i zawiózł do domu, zdawałem sobie sprawę, że to będzie o wiele trudniejsze. Zwłaszcza, że nie mogłem używać siły. Za bardzo się przyzwyczaiłem do tego, że siła wszystko załatwia. Musiałem się tego oduczyć, jeśli naprawdę chciałem go odzyskać. A oczywiste było, że chciałem. Martwiło mnie też, że ten cały David mógł mnie oszukać, żebym tylko się odczepił, Louis mógł tak naprawdę nie być w Derby. Przy takim obrocie spraw gorzko by tego pożałował. Sam fakt dużego, słabo znanego mi miasta był dla mnie ciążący. Postanowiłem jednak nie zadręczać się takimi myślami, chciałem skupić się na szukaniu pieprzonej igły w stogu siana.
Przez całe 2 dni, praktycznie bez przerwy, przeszukiwałem miasto, głównie w hotelach, ale nie tylko, również w wielu publicznych miejscach. Gdyby Louis tam był, musiałby chyba nie wychodzić z mieszkania, albo miałem naprawdę kiepskie poczucie czasu. Niby to były tylko 2 dni, ale jak na przeszukiwanie miasta przez cały dzień, naprawdę mnie to męczyło. Zacząłem tracić nadzieję, zresztą nic dziwnego, szybko ją tracę. Chciałem się zastanowić, ile jeszcze tu zostać, czy wrócić jutro do Londynu i spróbować znowu znaleźć tego typka, który mnie tutaj nakierował. Nie byłem wtedy pewny co do niczego i poczułem się osamotniony. Ale sam sobie byłem winien, prawda? To ja wszystko zepsułem, więc to właśnie ja musiałem wszystko naprawić i cierpieć za to. Miałem nadzieję, że Louis już nie cierpiał. Nie powinien tego robić za mnie. Chciałem wziąć wszystko na siebie.
Po południu, kiedy byłem w innej części miasta, jednak niedaleko od mojego hotelu, zastanawiałem się po prostu, co dalej robić. Oparłem się o samochód i zapaliłem papierosa, nie tracąc z oczu przechodzących ludzi. Przez ten krótki czas zdążyłem wyrobić sobie taki nawyk, ciągła obserwacja otoczenia. Mógłbym być detektywem, przysięgam.
Wpatrywałem się chwilę w ziemię, kiedy chowałem paczkę papierosów do kieszeni. Kiedy podniosłem głowę, zauważyłem, że ktoś zniknął za rogiem. Widziałem tę osobę dosłownie przez ułamek sekundy i nie byłem pewien kto to, ale w jednej chwili ruszyłem przed siebie, idąc w stronę, w którą ten ktoś skręcił. Jak tylko zobaczyłem te cholerne, roztrzepane, brązowe włosy, tyłek i sposób chodzenia, nie miałem wątpliwości, że to był Louis. Nie mogłem go znaleźć przez dwa intensywne dni, a on tak po prostu przeszedł teraz niedaleko mnie, kiedy paliłem fajkę. Nie wiedziałem, czy to był niesamowity fart, czy pech. Chciałem do niego podbiec, ale zdecydowałem, że to zbyt pochopny ruch, wystraszy się. Zdecydowałem, że pójdę za nim i wreszcie ustalę, gdzie się zatrzymał. To było trudne, żeby go nie zgubić i zostać niezauważonym, bo droga była dość prosta, poza tym musiałem się powstrzymać też, żeby go nie zaciągnąć do samochodu. Byłem na niego taki zły, a jednocześnie tak bardzo chciałem go przytulić. Czułem się naprawdę rozdarty.
Stanął przy jakimś domku, nie był zbyt duży, ale też nie mały, przynajmniej taki się wydawał z zewnątrz. Kiedy tam wszedł, zauważyłem, że w środku był ktoś jeszcze. Poczekałem jeszcze chwilę, aż zobaczyłem przez okno, jak Louis się do kogoś tuli. Nie mogłem zobaczyć do kogo, widziałem tylko czyjeś ręce oplecione wokół jego pleców. Nie mogłem znieść tego widoku, w jednej chwili, z euforii, że znalazłem Louisa, przeszedłem w zazdrość i złość. Niewiele myśląc, podszedłem do drzwi, szarpnąłem klamkę - było otwarte. Wparowałem do środka, jak kompletny wariat, skręciłem do pokoju z otwartymi drzwiami, w którym widziałem Lou. I do kogo się tak kleił? Do Davida. Myślałem, że oszaleję w tamtej chwili. Mógł się pocieszać każdym, naprawdę, zniósłbym, że pociesza się nawet jakąś męską dziwką, ale nie, że z tym debilem. To był tak żałosny widok, że miałem ochotę zwymiotować. Poza tym, przecież on pewnie dawno doniósł Lou, że mi wypaplał, gdzie jest, skoro widocznie sobie razem pomieszkują. Może jeszcze specjalnie nasłał Louisa, żebym za nim polazł i był zazdrosny? Szczerze mówiąc, nie zdziwiłbym się, gdyby oboje chcieli zemsty w ten sposób. Ale ja nie chciałem okazywać, że jestem wyprowadzony z równowagi. Pewnie nawet się nie pieprzyli, bo ten frajer jest na to zbyt delikatny. Louis pewnie po prostu potrzebował idioty, który zapewni mu mieszkanie na ucieczkę, chcąc w zamian tylko jego miłości, którą i tak nie był darzony. Przecież Louis dalej mnie kochał.
Kiedy obaj zorientowali się, że wszedłem, a zrobili to od razu, odsunęli się powoli od siebie. Louis nie wyglądał na szczęśliwego, za to ten dupek uśmiechał się od ucha do ucha. To było żenujące.

- Co ty...tu robisz? - zapytał, udając zaskoczenie.
- Nie rób ze mnie idioty, twój przyjaciel pewnie już ci wygadał, że cię szukam i regularnie dawał cynki gdzie jestem, co? Nie wyszło wam, nie mam zamiaru być zazdrosny o kogoś tak niskiego poziomu - powiedziałem głośno, lecz cały czas starałem się opanować, żeby nie krzyczeć.
- David, idź na razie, proszę...chcę pogadać z Harrym sam - zadecydował Louis.

Trochę mnie zdziwiło, że się nim nie zasłania, tylko chce pogadać ze mną sam na sam, ale mi to odpowiadało, wręcz marzyłem o tym od ostatnich paru dni. Kiedy już zostaliśmy sami, podszedłem bardzo powoli do Lou.
- Nie boję się już Ciebie, Harry - szepnął, wpatrując się w moje oczy szklanym wzrokiem.
- To dobrze, bo nie mam zamiaru Ci zrobić krzywdy... - powiedziałem, przejeżdżając ręką po jego policzku.
Ani drgnął. Jedynie przełknął głośno ślinę, nie przestając obserwując każdego mojego ruchu.
- Wróć ze mną. Wróć ze mną, Louis. Kochasz mnie i się mnie nie boisz, co stoi nam na przeszkodzie? - zapytałem, zsuwając rękę na jego szyję.
- Nie. Nie boję się, ale i tak nie wierzę, że już mnie nigdy nie skrzywdzisz. Kiedy tylko bym wrócił, wszystko zaczęłoby się od nowa. Sam to wiesz, prawda? - spytał, odsuwając moją dłoń.
Nie wiedziałem, co mam zrobić, co powiedzieć. Emocje rozrywały mnie od środka, ale starałem się tego nie ukazywać. Nie mogłem mu tego znowu zrobić. Obiecałem sobie, że już nigdy go nie uderzę, właśnie w tamtej chwili.
- Czyli...to już koniec? Na zawsze? Mam teraz wrócić do domu sam? Tak po prostu mi na to pozwolisz? - zadawałem mu w pośpiechu pytania, na które i nie oczekiwałem odpowiedzi. Bo wiedziałem, jaka będzie.
- Tak. Inaczej się nie da - odpowiedział, w sposób, jakiego najbardziej się bałem.
Miałem wtedy wyjść, dać za wygraną Lou i Davidowi, zabrać swoje rzeczy z hotelu, wsiąść do samochodu, wrócić do domu, który przez długi czas był naszym wspólnym, olać wszystko, zapomnieć, po prostu żyć dalej z największym poczuciem winy na świecie.
Czy to zrobiłem? Nawet w najśmielszych snach bym nie pomyślał, że mógłbym to zrobić. Musiałbym być kompletnie zadufanym w sobie, nieliczącym się z innymi dupkiem...którym zresztą byłem jeszcze niedawno.
Po prostu dałem upust temu wszystkiemu, co trzymałem w sobie, odkąd tylko wszedłem do środka. Nie, nie na Louisie. W zasadzie to na samym sobie. Wycofałem się wolno do tyłu, a potem szybko złapałem za szklany wazon, który stał na stole. Roztrzaskałem go o podłogę, huk był głośny, a Louis przywarł do ściany.
- Masz rację! Nie zasługuję na nic! - krzyknąłem, kopiąc odłamki szkła. - Tym bardziej na Ciebie. Co ja w ogóle sobie myślałem? - zacząłem krzyczeć przez łzy.
Louis dalej się nie ruszał. Upadłem na kolana i zacząłem uderzać pięścią szklane odłamki. Pokaleczyłem sobie dłoń, ale nie zwracałem wtedy na to uwagi, chciałem wyładować po prostu złość, ból, nawet ciężko było mi dokładniej zdefiniować, co czułem, bo było tego tak dużo, że rozrywało mnie to od środka. Trzasnąłem w podłogę jeszcze kilka razy, aż poczułem, że nie mogę upuścić ręki po raz kolejny. Louis mocno zacisnął swoją dłoń wokół mojego nadgarstka.
- Przestań. Przestań, nie krzywdź się... - rzekł, odsuwając butem resztę szkła.
Podniosłem głowę i spojrzałem na swoją rękę. Była pokaleczona i okrwawiona, ale nie czułem bólu, nie robiłem też tego celowo, wszystko zrobiłem z impulsu - nie mogłem skrzywdzić Louisa, więc jakoś skrzywdziłem siebie. Ale najgorsze było to, że Louis mnie powstrzymał. Chciałem, żeby powiedział, że mnie nienawidzi, kazał mi wyjść i jeszcze wkurwić się za stłuczony wazon. Biłem go jak psa przez tyle czasu, a teraz on karze mi się nie krzywdzić? On był jakimś pieprzonym aniołem, a moje poczucie winy sięgnęło wysokości nieba.
___________________________________

Wiem, że nie było rozdziału prawie miesiąc, jestem słaba w byciu systematyczną, ale wena opuściła mnie naprawdę doszczętnie i przez tydzień nie mogłam tknąć tego rozdziału, ale jakoś się udało.
W każdym bądź razie mam nadzieję, że mimo tego ktoś jeszcze to czyta. :)