Opierał
głowę o nadgarstek jednej ręki, a drugą pisał. Chwilami
przerywał, wystukiwał liczby na kalkulatorze i znów pisał.
Później kładł obok kolejną stertę papierów i ponawiał
czynność. Czasami nerwowo uderzał długopisem o szklany stół,
lekko tupał nogą oraz wypuszczał z siebie ciężkie oddechy. Oczy
łzawiły, poprzez ciągłe pocieranie ich, a pod nimi widoczny był
zarys worów. Był zmęczony. Ale nie przerywał.
Bolało
mnie patrzenie, jak wciąż pracował. To mogło odbić się poważnie
na jego zdrowiu, choć nawet gdy to mówiłem, nie słuchał. Zawsze
powtarzał jak zaklęty, że musi to
skończyć. Praca, praca i jeszcze raz praca. Rozumiałem, jak
wielkie brzemię miał na plecach, prowadząc firmę i nie mógł
pozwolić sobie na niedociągnięcia, ale nie dało się ukryć, że
przeginał. Miał czas, żeby dokończyć niektóre rzeczy kiedy
indziej, zlecić je komuś. Lecz on chciał to robić sam, po
swojemu, nawet kosztem zmarnowania calutkiego dnia.
Kiedy
zaczął momentami wpatrywać się w jeden punkt, a potem wlepiał
wzrok w kartkę, jakby nagle zapomniał, co miał zrobić, podszedłem
do niego. Zabrałem mu długopis i odsunąłem sprzed nosa wszelkie
papiery. Wyglądał na zmieszanego, ale najwyraźniej był tak
zmęczony, że nie chciało mu się nawet złościć.
-
Harry, powinienem to jeszcze dziś skończyć - szepnął i
kaszlnął, lekko się krztusząc.
-
Nie będziesz nic kończył. Czy ty widziałeś siebie w lustrze?
Wyglądasz koszmarnie - zbeształem go.
-
Dzięki, kochanie... - odparł, uśmiechając się pod nosem.
-
No, wiesz, że nie o to mi chodzi. Po prostu jesteś wycieńczony.
Idziesz natychmiast spać, rozumiesz? - powiedziałem, starając się
brzmieć stanowczo.
-
Dobrze, już dobrze. Pójdę tylko pod prysznic - odpowiedział z
rezygnacją w głosie i ziewnął, przeciągając się.
Cieszyłem
się, że tamtym razem poszło wyjątkowo gładko. Czasami żadne
argumenty do niego nie trafiały. Zmęczenie jednak wygrało i już
niecałe pół godziny później słodko spał. To był miły widok,
o wiele milszy od pracującego Louisa.
Rano
widok nie był już taki miły. Louis, zawzięcie wiążący krawat,
ze łzawiącymi od kaszlu oczami i z czerwonym nosem kłócił się
ze mną, że musi iść do pracy. Myślałem, że nie wytrzymam.
Ledwo nadążał wyciągać chusteczki, a chciał pracować.
Postanowiłem, że nie pozwolę mu tamtego dnia wyjść z domu i
cudem mi się to udało. Zaczęło się od próbowania przemówienia
mu do rozsądku, a skończyło się na zabieraniu mu telefonu i
trzymania go tak wysoko, aby go nie dosięgnął. Przysięgam,
zirytowany, zasmarkany, na wpół ubrany Louis zawzięcie próbujący
dotrzeć do telefonu, który trzymałem w górze, był najbardziej
uroczym widokiem na świecie. To był jeden z tych momentów, gdy
wręcz kochałem być od niego wyższy.
Nie
chcąc go zdenerwować aż tak bardzo (bo tak jak zirytowany Louis
był uroczy, tak zdenerwowany był przerażający) chciałem oddać
mu telefon. Ale żeby wyszło na moje, pod warunkiem, że weźmie go,
aby zadzwonić do Eleanor i oświadczyć jej, że nie może przyjść
do pracy, bo jest chory i poprosić o chwilowe przejęcie jego
obowiązków. Ten pomysł nie spodobał mu się równie tak, jak to,
że nie chciałem oddać mu telefonu, lecz ostatecznie, po krótkiej,
ale dosadnej wymianie zdań ustąpił. Dopilnowałem, żeby mnie nie
oszukał i naprawdę zadzwonił z wieścią, że zostaje w domu.
Trochę się na mnie boczył, nawet gdy już leżał na kanapie w
pościeli, a ja podawałem mu pod nos wszystko, co chciał.
-
Zobaczysz, że jeszcze mi za to podziękujesz, słońce - rzekłem z
triumfem i ucałowałem jego czoło.
-
Nie sądzę, żebym dziękował Ci za to, że będę musiał wszystko
ogarniać, wiesz ile się dzieje podczas jednego, głupiego dnia
pracy? - burknął z wyrzutem.
-
Nie wiem i nie interesuje mnie to w tej chwili, potrzebowałeś
odpoczynku nawet gdy nie byłeś chory, ale teraz, gdy jesteś,
potrzebujesz go jeszcze bardziej - oświadczyłem. - Więc siedź na
dupie i jedz rosół.
Nie
ukrywam - zupa nie wyszła mi zbyt dobra, ale i tak wmusiłem ją w
Louisa. Tak jak i trochę syropów i tabletek na gardło. Wiedziałem,
że nie utrzymam go w domu dłużej niż jeden dzień, więc
chciałem, żeby wykurował się chociaż na tyle, żeby dobrze
funkcjonował. Dzwonił co jakiś czas kontrolnie do El, ale ta
zbywała go tłumacząc, że wszystko jest w jak najlepszym porządku.
Jak zwykle niepotrzebnie się martwił, ale miałem wrażenie, że
martwienie się na zapas to jego hobby.
Z
każdym dniem Louis czuł się coraz lepiej, poszedł na drugi dzień
do pracy, ale wciąż pilnowałem, aby przyjmował leki. W końcu i
tak by o tym zapomniał. Niby taki dojrzały, a czasami trzeba było
się nim opiekować jak dzieckiem.
Po
kilku dniach, kiedy wyciągałem pieniądze z bankomatu, aby opłacić
rachunki, zauważyłem, że na koncie znajdowało się o wiele mniej
pieniędzy, niż ich było wcześniej. Może nie zapisywałem sobie
wszystkich wydatków, bo nie było takiej potrzeby, ale różnica
była niemała. Sprawdziłem więc kiedy i w jakich ilościach były
wyciągane pieniądze w historii. Od ponad tygodnia, co parę dni z
konta były wyciągane spore sumy. Wiedziałem, że to na pewno nie
ja to robiłem. Oczywiste było, że pewnie robił to Louis, ale
zastanawiało mnie dlaczego. Nigdy nie wyciągał pieniędzy, zawsze
robił przelewy, oboje płaciliśmy zawsze kartą. Przeszły mi przez
myśl inwestycje, ale wtedy też korzystał z przelewów. Może nagle
potrzebował gotówki, ale to i tak wydawało mi się dziwne. Dlatego
też przy najbliżej okazji zapytałem go o to, nie podał mi
konkretnego powodu, raczej zbył. Nie dopytywałem od razu, sam
zacząłem to zbywać, ale kiedy z czasem pieniądze znikały w
praktycznie takich samych odstępach czasowych nabrałem podejrzeń.
W sumie nie wiedziałem o co go podejrzewałem, chciałem
najzwyczajniej w świecie wiedzieć, dlaczego to robił. Gdy
zapytałem po raz kolejny, znów starał się mnie zbywać, potem
zaczął perfidnie zmyślać. Sam zaczął gubić się w swoim
tłumaczeniu. Faktem było, że to jego pieniądze, to on je
zarabiał, ale nie chodziło mi o to, że je wydawał. Oczekiwałem
po prostu odrobiny szczerości, a skoro nie chciał nic powiedzieć,
najwidoczniej w coś się wplątał. Trochę nad nim pracowałem, ale
udało mi się przekonać go, aby zaczął konkretnie mówić.
-
Dobrze, widzę, że nie przestaniesz pytać. W sumie, powinienem był
ci o tym powiedzieć już dawno, ale jakoś tak wyszło... -
powiedział, spuszczając głowę i wlepiając wzrok w swoje
splecione dłonie.
-
No dalej, Louis, co ty, wplątałeś się w jakieś chore układy z
gangami i musisz im płacić czy co? - zapytałem niecierpliwie.
-
Nie, nie...z żadnymi gangami. Mam tak jakby układ....ale z Eleanor
- wydusił z siebie.
Poczułem
się naprawdę dziwnie, kiedy to usłyszałem. W zasadzie to nie
wiedziałem, co powinienem był myśleć na te słowa. Układ
związany z pieniędzmi? Ze słodką, niewinną Eleanor?
Przez
chwilę zastanawiałem się, czy Louis nie robił sobie ze mnie żartów.
Ale okazało się, że wcale nie było mu do śmiechu.
_____________________________
Przepraszam, że taka przerwa, ale natchnienie mnie opuściło.
Żyjecie jeszcze? :c
Żyjecie jeszcze? :c