.

.

środa, 25 czerwca 2014

Rozdział 7 - He's an angel.



Nie znałem tego miasta jak własnej kieszeni, choć bywałem w nim kilka razy. Mimo tego czułem się całkowicie zdezorientowany, kiedy zaparkowałem na pierwszym lepszym miejscu prawdopodobnie gdzieś blisko centrum. Derby było całkiem ładnym miastem, choć nie różniło się niczym od innych. Kamienne i szklane wieżowce, mnóstwo sklepów, szerokie ulice jak i te mniejsze, mniej oblegane uliczki, na których czasami kręcili się podejrzani ludzie. Chyba każde miasto miało swoją dziwną, różniącą się od reszty miasta dzielnicę, w której można było spotkać naprawdę nieciekawych typów, lub po prostu dostać w twarz. Wiedziałem na pewno, że nie zamierzałem szukać w takich miejscach Louisa, bo on sam też by nic w nich nie szukał. Znajdowałem się w takiej samej sytuacji, kiedy błądziłem po Londynie, tylko wtedy dodatkowo nie znałem zbytnio miasta. Początkowo czułem się naprawdę zmotywowany, ale szybko zacząłem tracić entuzjazm i zacząłem myśleć, że poniosły mnie emocje, że tak szybko zdecydowałem się tutaj przyjechać, bez niczego, prócz pełnego baku i gotówki w portfelu. Przeklinałem siebie, że nie wyciągnąłem od tego bęcwała więcej informacji o tym, gdzie przebywał Louis. Zacząłem iść przed siebie, jednak nie na tyle daleko, żeby się zgubić i stracić z pola widzenia mój samochód. Kręciłem się po prostu chwilę po ulicach, między ludźmi, rozglądając się, podświadomie szukałem wśród nich Lou, choć wiedziałem, że to nie będzie takie proste. W pobliżu zauważyłem tylko jakiś hotel, przeszło mi przez myśl, iż mógłbym tam go znaleźć, ale były na to nikłe szanse. Poza tym, myślałem, że prawdopodobnie i tak będę musiał się tutaj zatrzymać, na tak długo jak byłoby trzeba, choć wierzyłem, że nie zajmie mi długo zabranie Louisa ze sobą do domu. Miałem zamiar wrócić z nim, lub wcale. Bez względu na to jak bardzo musiałbym się wycierpieć w tym cholernym mieście.
Kręciłem się jeszcze, raczej żeby trochę poznać chociaż okolicę. Zaczęło się robić nieco chłodniej. Zanim udałem się do hotelu w celu wynajęcia pokoju, bo gdzieś musiałem spędzić tamtą noc, bo nie było już sensu szukać jeszcze tamtego dnia, wpadłem do jakiegoś pobliskiego sklepu i kupiłem kilka rzeczy do garderoby, bo nie wziąłem ze sobą niczego, wyruszyłem zbyt pochopnie i uświadomiłem sobie, że trochę czasu tutaj spędzę za późno. Miałem zamiar zacząć rozpocząć bardziej intensywne poszukiwania dopiero na drugi dzień.
Łóżko w hotelu może i było całkiem wygodne, ale i tak mało wtedy spałem. Mój mózg za bardzo był zajęty analizowaniem wszystkiego, żeby odpocząć i zasnąć. Marzyłem, żeby choć na chwilę o tym zapomnieć, nie martwić się, że nie mam pojęcia gdzie jest mój chłopak, który uciekł z mojej winy. Poza tym, nawet jeśli bym go znalazł, nie wystarczyłoby, żebym wziął go za rączkę, zaprowadził do samochodu i zawiózł do domu, zdawałem sobie sprawę, że to będzie o wiele trudniejsze. Zwłaszcza, że nie mogłem używać siły. Za bardzo się przyzwyczaiłem do tego, że siła wszystko załatwia. Musiałem się tego oduczyć, jeśli naprawdę chciałem go odzyskać. A oczywiste było, że chciałem. Martwiło mnie też, że ten cały David mógł mnie oszukać, żebym tylko się odczepił, Louis mógł tak naprawdę nie być w Derby. Przy takim obrocie spraw gorzko by tego pożałował. Sam fakt dużego, słabo znanego mi miasta był dla mnie ciążący. Postanowiłem jednak nie zadręczać się takimi myślami, chciałem skupić się na szukaniu pieprzonej igły w stogu siana.
Przez całe 2 dni, praktycznie bez przerwy, przeszukiwałem miasto, głównie w hotelach, ale nie tylko, również w wielu publicznych miejscach. Gdyby Louis tam był, musiałby chyba nie wychodzić z mieszkania, albo miałem naprawdę kiepskie poczucie czasu. Niby to były tylko 2 dni, ale jak na przeszukiwanie miasta przez cały dzień, naprawdę mnie to męczyło. Zacząłem tracić nadzieję, zresztą nic dziwnego, szybko ją tracę. Chciałem się zastanowić, ile jeszcze tu zostać, czy wrócić jutro do Londynu i spróbować znowu znaleźć tego typka, który mnie tutaj nakierował. Nie byłem wtedy pewny co do niczego i poczułem się osamotniony. Ale sam sobie byłem winien, prawda? To ja wszystko zepsułem, więc to właśnie ja musiałem wszystko naprawić i cierpieć za to. Miałem nadzieję, że Louis już nie cierpiał. Nie powinien tego robić za mnie. Chciałem wziąć wszystko na siebie.
Po południu, kiedy byłem w innej części miasta, jednak niedaleko od mojego hotelu, zastanawiałem się po prostu, co dalej robić. Oparłem się o samochód i zapaliłem papierosa, nie tracąc z oczu przechodzących ludzi. Przez ten krótki czas zdążyłem wyrobić sobie taki nawyk, ciągła obserwacja otoczenia. Mógłbym być detektywem, przysięgam.
Wpatrywałem się chwilę w ziemię, kiedy chowałem paczkę papierosów do kieszeni. Kiedy podniosłem głowę, zauważyłem, że ktoś zniknął za rogiem. Widziałem tę osobę dosłownie przez ułamek sekundy i nie byłem pewien kto to, ale w jednej chwili ruszyłem przed siebie, idąc w stronę, w którą ten ktoś skręcił. Jak tylko zobaczyłem te cholerne, roztrzepane, brązowe włosy, tyłek i sposób chodzenia, nie miałem wątpliwości, że to był Louis. Nie mogłem go znaleźć przez dwa intensywne dni, a on tak po prostu przeszedł teraz niedaleko mnie, kiedy paliłem fajkę. Nie wiedziałem, czy to był niesamowity fart, czy pech. Chciałem do niego podbiec, ale zdecydowałem, że to zbyt pochopny ruch, wystraszy się. Zdecydowałem, że pójdę za nim i wreszcie ustalę, gdzie się zatrzymał. To było trudne, żeby go nie zgubić i zostać niezauważonym, bo droga była dość prosta, poza tym musiałem się powstrzymać też, żeby go nie zaciągnąć do samochodu. Byłem na niego taki zły, a jednocześnie tak bardzo chciałem go przytulić. Czułem się naprawdę rozdarty.
Stanął przy jakimś domku, nie był zbyt duży, ale też nie mały, przynajmniej taki się wydawał z zewnątrz. Kiedy tam wszedł, zauważyłem, że w środku był ktoś jeszcze. Poczekałem jeszcze chwilę, aż zobaczyłem przez okno, jak Louis się do kogoś tuli. Nie mogłem zobaczyć do kogo, widziałem tylko czyjeś ręce oplecione wokół jego pleców. Nie mogłem znieść tego widoku, w jednej chwili, z euforii, że znalazłem Louisa, przeszedłem w zazdrość i złość. Niewiele myśląc, podszedłem do drzwi, szarpnąłem klamkę - było otwarte. Wparowałem do środka, jak kompletny wariat, skręciłem do pokoju z otwartymi drzwiami, w którym widziałem Lou. I do kogo się tak kleił? Do Davida. Myślałem, że oszaleję w tamtej chwili. Mógł się pocieszać każdym, naprawdę, zniósłbym, że pociesza się nawet jakąś męską dziwką, ale nie, że z tym debilem. To był tak żałosny widok, że miałem ochotę zwymiotować. Poza tym, przecież on pewnie dawno doniósł Lou, że mi wypaplał, gdzie jest, skoro widocznie sobie razem pomieszkują. Może jeszcze specjalnie nasłał Louisa, żebym za nim polazł i był zazdrosny? Szczerze mówiąc, nie zdziwiłbym się, gdyby oboje chcieli zemsty w ten sposób. Ale ja nie chciałem okazywać, że jestem wyprowadzony z równowagi. Pewnie nawet się nie pieprzyli, bo ten frajer jest na to zbyt delikatny. Louis pewnie po prostu potrzebował idioty, który zapewni mu mieszkanie na ucieczkę, chcąc w zamian tylko jego miłości, którą i tak nie był darzony. Przecież Louis dalej mnie kochał.
Kiedy obaj zorientowali się, że wszedłem, a zrobili to od razu, odsunęli się powoli od siebie. Louis nie wyglądał na szczęśliwego, za to ten dupek uśmiechał się od ucha do ucha. To było żenujące.

- Co ty...tu robisz? - zapytał, udając zaskoczenie.
- Nie rób ze mnie idioty, twój przyjaciel pewnie już ci wygadał, że cię szukam i regularnie dawał cynki gdzie jestem, co? Nie wyszło wam, nie mam zamiaru być zazdrosny o kogoś tak niskiego poziomu - powiedziałem głośno, lecz cały czas starałem się opanować, żeby nie krzyczeć.
- David, idź na razie, proszę...chcę pogadać z Harrym sam - zadecydował Louis.

Trochę mnie zdziwiło, że się nim nie zasłania, tylko chce pogadać ze mną sam na sam, ale mi to odpowiadało, wręcz marzyłem o tym od ostatnich paru dni. Kiedy już zostaliśmy sami, podszedłem bardzo powoli do Lou.
- Nie boję się już Ciebie, Harry - szepnął, wpatrując się w moje oczy szklanym wzrokiem.
- To dobrze, bo nie mam zamiaru Ci zrobić krzywdy... - powiedziałem, przejeżdżając ręką po jego policzku.
Ani drgnął. Jedynie przełknął głośno ślinę, nie przestając obserwując każdego mojego ruchu.
- Wróć ze mną. Wróć ze mną, Louis. Kochasz mnie i się mnie nie boisz, co stoi nam na przeszkodzie? - zapytałem, zsuwając rękę na jego szyję.
- Nie. Nie boję się, ale i tak nie wierzę, że już mnie nigdy nie skrzywdzisz. Kiedy tylko bym wrócił, wszystko zaczęłoby się od nowa. Sam to wiesz, prawda? - spytał, odsuwając moją dłoń.
Nie wiedziałem, co mam zrobić, co powiedzieć. Emocje rozrywały mnie od środka, ale starałem się tego nie ukazywać. Nie mogłem mu tego znowu zrobić. Obiecałem sobie, że już nigdy go nie uderzę, właśnie w tamtej chwili.
- Czyli...to już koniec? Na zawsze? Mam teraz wrócić do domu sam? Tak po prostu mi na to pozwolisz? - zadawałem mu w pośpiechu pytania, na które i nie oczekiwałem odpowiedzi. Bo wiedziałem, jaka będzie.
- Tak. Inaczej się nie da - odpowiedział, w sposób, jakiego najbardziej się bałem.
Miałem wtedy wyjść, dać za wygraną Lou i Davidowi, zabrać swoje rzeczy z hotelu, wsiąść do samochodu, wrócić do domu, który przez długi czas był naszym wspólnym, olać wszystko, zapomnieć, po prostu żyć dalej z największym poczuciem winy na świecie.
Czy to zrobiłem? Nawet w najśmielszych snach bym nie pomyślał, że mógłbym to zrobić. Musiałbym być kompletnie zadufanym w sobie, nieliczącym się z innymi dupkiem...którym zresztą byłem jeszcze niedawno.
Po prostu dałem upust temu wszystkiemu, co trzymałem w sobie, odkąd tylko wszedłem do środka. Nie, nie na Louisie. W zasadzie to na samym sobie. Wycofałem się wolno do tyłu, a potem szybko złapałem za szklany wazon, który stał na stole. Roztrzaskałem go o podłogę, huk był głośny, a Louis przywarł do ściany.
- Masz rację! Nie zasługuję na nic! - krzyknąłem, kopiąc odłamki szkła. - Tym bardziej na Ciebie. Co ja w ogóle sobie myślałem? - zacząłem krzyczeć przez łzy.
Louis dalej się nie ruszał. Upadłem na kolana i zacząłem uderzać pięścią szklane odłamki. Pokaleczyłem sobie dłoń, ale nie zwracałem wtedy na to uwagi, chciałem wyładować po prostu złość, ból, nawet ciężko było mi dokładniej zdefiniować, co czułem, bo było tego tak dużo, że rozrywało mnie to od środka. Trzasnąłem w podłogę jeszcze kilka razy, aż poczułem, że nie mogę upuścić ręki po raz kolejny. Louis mocno zacisnął swoją dłoń wokół mojego nadgarstka.
- Przestań. Przestań, nie krzywdź się... - rzekł, odsuwając butem resztę szkła.
Podniosłem głowę i spojrzałem na swoją rękę. Była pokaleczona i okrwawiona, ale nie czułem bólu, nie robiłem też tego celowo, wszystko zrobiłem z impulsu - nie mogłem skrzywdzić Louisa, więc jakoś skrzywdziłem siebie. Ale najgorsze było to, że Louis mnie powstrzymał. Chciałem, żeby powiedział, że mnie nienawidzi, kazał mi wyjść i jeszcze wkurwić się za stłuczony wazon. Biłem go jak psa przez tyle czasu, a teraz on karze mi się nie krzywdzić? On był jakimś pieprzonym aniołem, a moje poczucie winy sięgnęło wysokości nieba.
___________________________________

Wiem, że nie było rozdziału prawie miesiąc, jestem słaba w byciu systematyczną, ale wena opuściła mnie naprawdę doszczętnie i przez tydzień nie mogłam tknąć tego rozdziału, ale jakoś się udało.
W każdym bądź razie mam nadzieję, że mimo tego ktoś jeszcze to czyta. :)

1 komentarz:

  1. trafiłam na twoje opowiadanie niedawno, ale jest świetne
    czekam na rozdział skarbie

    OdpowiedzUsuń