Zrezygnowałem
i stwierdziłem, że od Louisa nic nie wyduszę. Najgorsze było to,
że nie wiedziałem nawet gdzie mógł wtedy być, przecież mógł
pójść praktycznie wszędzie. Ciekawiło mnie, gdzie się ten
idiota wyniósł. Do hotelu? Do kogoś? Do znajomego,
przyjaciela...kochanka? Tak, przeszło mi to przez myśl, ale
postanowiłem się tym nie zamartwiać, bo to nie było w tamtej
chwili najważniejsze. Chyba.
Zacząłem
myśleć, że prawdopodobnie odpowiedzi na moje pytania tkwiły na
zgniecionym papierze w koszu. A przynajmniej miałem taką nadzieję.
Nikłą, ale zawsze coś. Zawsze się przyda to małe światełko w
tunelu, ciężko się się pozbyć myśli, że może jednak będzie
dobrze. W końcu człowiek by chciał, aby tak było, nawet jeśli
się oszukuje. Wiesz, że nic się nie układa, wmawiasz sobie, że
wszystko jest do luftu, ale zawsze będziesz mieć cichą nadzieję.
Jak to się mówi, nadzieja umiera ostatnia. Ale zanim umrze, musi
minąć bardzo dużo czasu.
W
każdym bądź razie, wiedziałem wtedy, że nie mogłem tak siedzieć
i udawać, że nic się nie stało. Mój chłopak właśnie się ode
mnie wyprowadził, a ja nie miałem pojęcia, co się stało, że
zrobił to tak nagle, gwałtownie. Nie pokłóciliśmy się, ani nic.
Z resztą, często się kłóciliśmy, ale nigdy nie chował urazy.
Coraz intensywniej zastanawiałem się nad teorią o kochanku, ale
starałem się odpędzić od tego myśli, miałem już dosyć
zmartwień. A pierwszą moją zmorą, z którą musiałem się
zmierzyć, było przeczytanie tego idiotycznego listu. To znaczy,
podejrzewałem, że to był list. Jednak zdecydowałem się jeszcze
raz spróbować dodzwonić się do Lou, choć zrobiłem to od
niechcenia, nie oczekiwałem, że odbierze.
-
Czego chcesz? - odezwał się znajomy mi głos w słuchawce.
-
Louis? Gdzie jesteś i co ty odwalasz? - zapytałem zmieszany.
-
Chyba wszystko ci wyjaśniłem w liście, tak? Przeczytałeś go? -
szepnął i nabrał głębokiego wdechu.
- Nie,
nie czytałem żadnego cholernego listu, dlaczego nie możesz
powiedzieć mi tego, czego chcesz w twarz, ile ty masz lat, żeby
bawić się w jakieś głupie listy? - warknąłem z lekką
desperacją.
-
Dowiesz się, jeśli przeczytasz, a jak nie to nie. I nie dzwoń do
mnie więcej. - odpowiedział szybko.
Po
tych słowach rozłączył się. Powoli odsunąłem komórkę od ucha
i rzuciłem nią gwałtownie na szklany stolik. Czułem się,
jakbyśmy byli jakimiś dziećmi i grali w idiotyczne gierki. Ale w
tamtej chwili nie pozostawało mi nic innego. Ze zrezygnowaniem
wkroczyłem do kuchni i wyjąłem z kosza zgniecioną kartkę
papieru, która odrobinę przesiąkła smrodem śmietnika. Wróciłem
się do salonu i usiadłem na kanapie. Przyznam, że ja też byłem
dziecinny odwlekając przeczytanie tego. Bałem się jego treści,
ale to było konieczne, żebym zrozumiał, co się tak naprawdę
działo. Westchnąłem cicho i rozwinąłem papier. Rzuciłem na
niego okiem; był dość długi, więc nie tracąc kolejnych minut,
zacząłem czytać. W myślach oczywiście, nie jestem jakimś
wariatem.
Harry.
Nie
czuję się dobrze z faktem, że nie powiem Ci tego w twarz, nawet
nie wiesz jak bardzo chciałbym to zrobić, ale to ty mnie do tego
zmusiłeś. Nie jestem w stanie Ci tego przekazać osobiście, bo się
boję. Możesz mnie uznać za tchórza. Boję się, o swoje zdrowie,
a może i nawet życie. Chyba byś mnie zabił, jakbym oświadczył
Ci, że się wyprowadzam. Przyznaj się przed samym sobą, wpadłbyś
w szał. Dobrze to wiesz, nie dziw mi się. Doprowadziłeś do tego,
że nie jestem w stanie powiedzieć przy tobie czegokolwiek, co by ci
się nie spodobało. Nie potrafię. Gdybyś był na moim miejscu,
potrafiłbyś?
Potrafiłbyś
bez wahania narazić się na krzywdę fizyczną i psychiczną, ot
tak, z myślą typu „hej, właśnie idę sprawić, aby mój chłopak
pobił mnie do nieprzytomności”? Jeśli tak, to gratuluję odwagi,
ale ja taki nie jestem. Zniszczyłeś mnie doszczętnie, sprawiłeś,
że byłem twój, cały twój, byłem twoją własnością, ty
robiłeś ze mną co chcesz, a ja robiłem wszystko, żeby ci
dogodzić, bo się ciebie bałem, ale to i tak nie było
wystarczające. Czasem nawet myślałem, że kiedy zbyt długo mnie
nie krzywdzisz, zaczyna ci się nudzić i próbujesz do tego
doprowadzić. Ataki złości się zdarzają, ale to już nie było
to, ty zamieniłeś to w „część naszego związku”. Traktowałeś
to jak seks, całowanie i przytulanie, część spójnej całości.
Coś normalnego. To nie było normalne, tylko chore. Jesteś chory,
powinieneś iść do psychologa i leczyć wybuchy agresji i nie ma w
tym nic złego. Nie zostawiłem Cię, czekałem kilka miesięcy aż
się zmienisz, dojrzejesz, dasz sobie pomóc. Aż zrozumiałem, że
jestem wariatem myśląc, że to ot tak zniknie, albo, że dasz się
posłać do psychologa. Zrozumiałem, że jedyne co robię to daję
ci się wykorzystywać. A kolejne próby pomocy skończyłyby się
tym samym. Krzykiem, biciem, kopaniem, płaczem, krwią. A później?
Całowaniem i przytulaniem. I tak w kółko. Zawsze mówiłem, że Ci
to wybaczam, udawałem, że to akceptuję i w ogóle mi to nie
przeszkadza, a ty w to uwierzyłeś. Tak naprawdę wybaczałem Ci
tylko pierwszy raz, każdego kolejnego nigdy. Cierpiałem wewnątrz,
cicho, kiedy ty beztrosko czułeś się w tym toksycznym związku.
Sądziłem, że będziesz na tyle mądry, że zorientujesz się, że
udaję, bo jak do cholery miałem akceptować fakt, że osoba, którą
kochałem, krzywdziła mnie i nawet nie miała o to do siebie żalu?
Zimna, biała ściana ma więcej uczuć niż ty. Jeżeli naprawdę
myślałeś, że czuję się z tym w porządku i możesz robić tak
zawsze, jesteś kompletnym idiotą. Mogę tak napisać, bo wiem, że
nie dostanę w szczękę.
Bałem
się Ciebie. Z każdym kolejnym dniem martwiłem się, czy znowu mnie
przypadkiem nie skrzywdzisz. Dusiłem wszystko w sobie od paru
miesięcy, dając ci szansę za szansą. Od tygodnia zbierałem się,
by uciec pod twoją nieobecnością, innej opcji nie było. Wewnątrz
dalej się ciebie boję, bo jeżeli mnie znajdziesz, jesteś zdolny
mnie zabić ze złości, nawet niechcący. Ale wątpię, aby to ci
się udało. I to nie ma nic wspólnego z tym, że Cię nie kocham,
bo nie jestem w stanie przestać tak szybko po paru latach związku,
bo będąc szczery, kocham Cię, ale pracuję nad tym, aby w bardzo
szybkim tempie się pozbierać i o tobie zapomnieć. W końcu, można
wyleczyć się z zakochania, wielu ludzi przeszło zawód miłosny,
nikt jeszcze od tego nie umarł. Nie ciesz się z tego. Jeśli
chcesz, abym był szczęśliwy, nie dzwoń do mnie, usuń mój numer,
nie próbuj mnie szukać, zostaw mnie i zapomnij tak, jak ja. To
wykonalne, oboje damy radę. Dziękuję za dobre chwile. Za
złe...cóż, właśnie za nie płacisz, kochanie. Jestem teraz wolny
i czuję się z tym świetnie.
Cześć.
Kiedy
zacząłem płakać? Jakoś tak po pierwszym zdaniu. Kartka była
mokra od moich łez, nawet nie wiedziałem wtedy, jakim cudem
widziałem coś przez łzy. Czułem jakby cały sufit zwalił mi się
na głowę, a spod nóg uciekł cały grunt. W sumie, to nawet
chciałem, żeby tak się stało naprawdę. Albo, żebym obudził się
w łóżku, w sobotni poranek, poprzez słońce wpadające przez
okno, bo jak zwykle zapomniałbym zsunąć rolety, aby Louis mnie za
to skarcił, budząc się u mojego boku, ze swoim idealnym nieładem
na głowie i uroczymi worami pod błękitnymi oczami, które tak
kochałem. Aby leżał ze mną przez godzinę i przytulał, zanim
zwleklibyśmy się z łóżka i zjedli wspólne śniadanie, nie
myśląc o złych rzeczach, sprawiając wrażenie, że wszystko jest
perfekcyjne. Abym wtedy zdał sobie sprawę, że skoro kocham Louisa,
to nie powinienem go krzywdzić, przeprosić go na kolanach za całe
to gówno, błagać o wybaczenie, zrobić coś, zanim byłoby za
późno i zastałbym puste mieszkanie, tak jak tamtego dnia.
Ale
realia były inne. Siedziałem na kanapie wypłakując sobie oczy i
ściskając w dłoni list od Louisa. Pusta, samotna, pełna poczucia
winy, goryczy i chęci zniknięcia rzeczywistość.
nie wiem juz co myslec, komu współczuć: louisowi czy harremu? musze napisac, ze bardzo podoba mi cię całe ff. twoj styl pisania jest praktycznie idealny, szkoda, ze rozdzialy sa krótkie. licze na jakis obrót akcji, oby harry zrozumial swoj blad c;
OdpowiedzUsuńKrótkie rozdziały to niestety moja zmora, nieważne ile bym pisała, ostatecznie się okazuje, że i tak wyszedł krótki ;) + dziękuję pięknie. x
Usuń