.

.

piątek, 23 maja 2014

Rozdział 5 - Read All About It.

Zrezygnowałem i stwierdziłem, że od Louisa nic nie wyduszę. Najgorsze było to, że nie wiedziałem nawet gdzie mógł wtedy być, przecież mógł pójść praktycznie wszędzie. Ciekawiło mnie, gdzie się ten idiota wyniósł. Do hotelu? Do kogoś? Do znajomego, przyjaciela...kochanka? Tak, przeszło mi to przez myśl, ale postanowiłem się tym nie zamartwiać, bo to nie było w tamtej chwili najważniejsze. Chyba.
Zacząłem myśleć, że prawdopodobnie odpowiedzi na moje pytania tkwiły na zgniecionym papierze w koszu. A przynajmniej miałem taką nadzieję. Nikłą, ale zawsze coś. Zawsze się przyda to małe światełko w tunelu, ciężko się się pozbyć myśli, że może jednak będzie dobrze. W końcu człowiek by chciał, aby tak było, nawet jeśli się oszukuje. Wiesz, że nic się nie układa, wmawiasz sobie, że wszystko jest do luftu, ale zawsze będziesz mieć cichą nadzieję. Jak to się mówi, nadzieja umiera ostatnia. Ale zanim umrze, musi minąć bardzo dużo czasu.
W każdym bądź razie, wiedziałem wtedy, że nie mogłem tak siedzieć i udawać, że nic się nie stało. Mój chłopak właśnie się ode mnie wyprowadził, a ja nie miałem pojęcia, co się stało, że zrobił to tak nagle, gwałtownie. Nie pokłóciliśmy się, ani nic. Z resztą, często się kłóciliśmy, ale nigdy nie chował urazy. Coraz intensywniej zastanawiałem się nad teorią o kochanku, ale starałem się odpędzić od tego myśli, miałem już dosyć zmartwień. A pierwszą moją zmorą, z którą musiałem się zmierzyć, było przeczytanie tego idiotycznego listu. To znaczy, podejrzewałem, że to był list. Jednak zdecydowałem się jeszcze raz spróbować dodzwonić się do Lou, choć zrobiłem to od niechcenia, nie oczekiwałem, że odbierze.
- Czego chcesz? - odezwał się znajomy mi głos w słuchawce.
- Louis? Gdzie jesteś i co ty odwalasz? - zapytałem zmieszany.
- Chyba wszystko ci wyjaśniłem w liście, tak? Przeczytałeś go? - szepnął i nabrał głębokiego wdechu.
- Nie, nie czytałem żadnego cholernego listu, dlaczego nie możesz powiedzieć mi tego, czego chcesz w twarz, ile ty masz lat, żeby bawić się w jakieś głupie listy? - warknąłem z lekką desperacją.
- Dowiesz się, jeśli przeczytasz, a jak nie to nie. I nie dzwoń do mnie więcej. - odpowiedział szybko.
Po tych słowach rozłączył się. Powoli odsunąłem komórkę od ucha i rzuciłem nią gwałtownie na szklany stolik. Czułem się, jakbyśmy byli jakimiś dziećmi i grali w idiotyczne gierki. Ale w tamtej chwili nie pozostawało mi nic innego. Ze zrezygnowaniem wkroczyłem do kuchni i wyjąłem z kosza zgniecioną kartkę papieru, która odrobinę przesiąkła smrodem śmietnika. Wróciłem się do salonu i usiadłem na kanapie. Przyznam, że ja też byłem dziecinny odwlekając przeczytanie tego. Bałem się jego treści, ale to było konieczne, żebym zrozumiał, co się tak naprawdę działo. Westchnąłem cicho i rozwinąłem papier. Rzuciłem na niego okiem; był dość długi, więc nie tracąc kolejnych minut, zacząłem czytać. W myślach oczywiście, nie jestem jakimś wariatem.
Harry.
Nie czuję się dobrze z faktem, że nie powiem Ci tego w twarz, nawet nie wiesz jak bardzo chciałbym to zrobić, ale to ty mnie do tego zmusiłeś. Nie jestem w stanie Ci tego przekazać osobiście, bo się boję. Możesz mnie uznać za tchórza. Boję się, o swoje zdrowie, a może i nawet życie. Chyba byś mnie zabił, jakbym oświadczył Ci, że się wyprowadzam. Przyznaj się przed samym sobą, wpadłbyś w szał. Dobrze to wiesz, nie dziw mi się. Doprowadziłeś do tego, że nie jestem w stanie powiedzieć przy tobie czegokolwiek, co by ci się nie spodobało. Nie potrafię. Gdybyś był na moim miejscu, potrafiłbyś?
Potrafiłbyś bez wahania narazić się na krzywdę fizyczną i psychiczną, ot tak, z myślą typu „hej, właśnie idę sprawić, aby mój chłopak pobił mnie do nieprzytomności”? Jeśli tak, to gratuluję odwagi, ale ja taki nie jestem. Zniszczyłeś mnie doszczętnie, sprawiłeś, że byłem twój, cały twój, byłem twoją własnością, ty robiłeś ze mną co chcesz, a ja robiłem wszystko, żeby ci dogodzić, bo się ciebie bałem, ale to i tak nie było wystarczające. Czasem nawet myślałem, że kiedy zbyt długo mnie nie krzywdzisz, zaczyna ci się nudzić i próbujesz do tego doprowadzić. Ataki złości się zdarzają, ale to już nie było to, ty zamieniłeś to w „część naszego związku”. Traktowałeś to jak seks, całowanie i przytulanie, część spójnej całości. Coś normalnego. To nie było normalne, tylko chore. Jesteś chory, powinieneś iść do psychologa i leczyć wybuchy agresji i nie ma w tym nic złego. Nie zostawiłem Cię, czekałem kilka miesięcy aż się zmienisz, dojrzejesz, dasz sobie pomóc. Aż zrozumiałem, że jestem wariatem myśląc, że to ot tak zniknie, albo, że dasz się posłać do psychologa. Zrozumiałem, że jedyne co robię to daję ci się wykorzystywać. A kolejne próby pomocy skończyłyby się tym samym. Krzykiem, biciem, kopaniem, płaczem, krwią. A później? Całowaniem i przytulaniem. I tak w kółko. Zawsze mówiłem, że Ci to wybaczam, udawałem, że to akceptuję i w ogóle mi to nie przeszkadza, a ty w to uwierzyłeś. Tak naprawdę wybaczałem Ci tylko pierwszy raz, każdego kolejnego nigdy. Cierpiałem wewnątrz, cicho, kiedy ty beztrosko czułeś się w tym toksycznym związku. Sądziłem, że będziesz na tyle mądry, że zorientujesz się, że udaję, bo jak do cholery miałem akceptować fakt, że osoba, którą kochałem, krzywdziła mnie i nawet nie miała o to do siebie żalu? Zimna, biała ściana ma więcej uczuć niż ty. Jeżeli naprawdę myślałeś, że czuję się z tym w porządku i możesz robić tak zawsze, jesteś kompletnym idiotą. Mogę tak napisać, bo wiem, że nie dostanę w szczękę.
Bałem się Ciebie. Z każdym kolejnym dniem martwiłem się, czy znowu mnie przypadkiem nie skrzywdzisz. Dusiłem wszystko w sobie od paru miesięcy, dając ci szansę za szansą. Od tygodnia zbierałem się, by uciec pod twoją nieobecnością, innej opcji nie było. Wewnątrz dalej się ciebie boję, bo jeżeli mnie znajdziesz, jesteś zdolny mnie zabić ze złości, nawet niechcący. Ale wątpię, aby to ci się udało. I to nie ma nic wspólnego z tym, że Cię nie kocham, bo nie jestem w stanie przestać tak szybko po paru latach związku, bo będąc szczery, kocham Cię, ale pracuję nad tym, aby w bardzo szybkim tempie się pozbierać i o tobie zapomnieć. W końcu, można wyleczyć się z zakochania, wielu ludzi przeszło zawód miłosny, nikt jeszcze od tego nie umarł. Nie ciesz się z tego. Jeśli chcesz, abym był szczęśliwy, nie dzwoń do mnie, usuń mój numer, nie próbuj mnie szukać, zostaw mnie i zapomnij tak, jak ja. To wykonalne, oboje damy radę. Dziękuję za dobre chwile. Za złe...cóż, właśnie za nie płacisz, kochanie. Jestem teraz wolny i czuję się z tym świetnie.
Cześć.

Kiedy zacząłem płakać? Jakoś tak po pierwszym zdaniu. Kartka była mokra od moich łez, nawet nie wiedziałem wtedy, jakim cudem widziałem coś przez łzy. Czułem jakby cały sufit zwalił mi się na głowę, a spod nóg uciekł cały grunt. W sumie, to nawet chciałem, żeby tak się stało naprawdę. Albo, żebym obudził się w łóżku, w sobotni poranek, poprzez słońce wpadające przez okno, bo jak zwykle zapomniałbym zsunąć rolety, aby Louis mnie za to skarcił, budząc się u mojego boku, ze swoim idealnym nieładem na głowie i uroczymi worami pod błękitnymi oczami, które tak kochałem. Aby leżał ze mną przez godzinę i przytulał, zanim zwleklibyśmy się z łóżka i zjedli wspólne śniadanie, nie myśląc o złych rzeczach, sprawiając wrażenie, że wszystko jest perfekcyjne. Abym wtedy zdał sobie sprawę, że skoro kocham Louisa, to nie powinienem go krzywdzić, przeprosić go na kolanach za całe to gówno, błagać o wybaczenie, zrobić coś, zanim byłoby za późno i zastałbym puste mieszkanie, tak jak tamtego dnia.
Ale realia były inne. Siedziałem na kanapie wypłakując sobie oczy i ściskając w dłoni list od Louisa. Pusta, samotna, pełna poczucia winy, goryczy i chęci zniknięcia rzeczywistość.

2 komentarze:

  1. nie wiem juz co myslec, komu współczuć: louisowi czy harremu? musze napisac, ze bardzo podoba mi cię całe ff. twoj styl pisania jest praktycznie idealny, szkoda, ze rozdzialy sa krótkie. licze na jakis obrót akcji, oby harry zrozumial swoj blad c;

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Krótkie rozdziały to niestety moja zmora, nieważne ile bym pisała, ostatecznie się okazuje, że i tak wyszedł krótki ;) + dziękuję pięknie. x

      Usuń