Kiedy
otworzyłem oczy, zobaczyłem ciemność. Miałem wrażenie, jakbym w
ogóle ich nie otworzył. Odruchowo odwróciłem głowę w stronę,
po której stał zegarek. Wskazywał trzecią szesnaście. Rzadko
budziłem się w nocy. Irytowało mnie to, bo często nie mogłem
później zasnąć. W mroku zauważyłem zaledwie zarys głowy Louisa
wystającej spod kołdry. Jak zwykle smacznie spał, nigdy nie miewał
takich problemów ze snem, jak ja. Potrafił zasnąć błyskawicznie,
a z objęć Morfeusza nie było go łatwo wyciągnąć. Delikatnie
zsunąłem z siebie kołdrę i usiadłem na łóżku. Dotknąłem
stopami chłodnej posadzki i poczułem powiew zimna również na
karku. Zza okna wyglądał Księżyc, który wtłaczał do środka
odrobinę światła, ale tak słabego, że ciemność była
niezmienna. Pozbywanie się z ciała ciepłej kołdry było tak
nieprzyjemne, że mimo iż miałem zamiar zejść do kuchni napić
się wody, zrezygnowałem i wróciłem do łóżka. Przez następne
kilkanaście minut wlepiałem wzrok w ciemność, bezskutecznie
próbując zasnąć. Kręciłem się też cholernie, bo nagle zaczęło
mi być niewygodnie. Louis początkowo tylko coś mruczał przez sen,
ale ostatecznie się przebudził. Musiałem wtedy naprawdę nieźle
trząść łóżkiem. Zapalił nocną lampkę, ziewnął i przetarł
leniwie oczy.
- Co się dzieje? Czemu nie śpisz, tylko się tak niemiłosiernie kręcisz? - zapytał, szepcząc sennym głosem.
- Przepraszam. Nie chciałem Cię budzić, po prostu nie mogę zasnąć - odpowiedziałem, splatając dłonie.
Louis przez chwilę leżał nieruchomo razem ze mną, jakby chciał mnie wesprzeć w moim braku snu. Patrzyłem się przed siebie, czując na sobie jego uważny wzrok. Słychać było jedynie nasze oddechy i serenady świerszczy za oknem.
- Chciałbym mieć kotka - odezwałem się w końcu. - Adoptujemy kotka?
- Po co ci kotek? Ja Ci nie wystarczę? - rzekł z lekkim wyrzutem w głosie, cieszyłem się jednak, że kompletnie zignorował fakt, że zapytałem o to bez powodu w środku nocy.
- Biorąc pod uwagę fakt, że całe dnie przesiadujesz w pracy, to nie, nie wystarczysz - burknąłem. - Chcę kotka.
- O mój Boże, Harry, pogadamy o tym kiedy indziej, bo nie wiem jeszcze czego adopcja może Ci przyjść do głowy o tej porze - odpowiedział, gasząc lampkę. - A teraz śpij, kotku.
- Co się dzieje? Czemu nie śpisz, tylko się tak niemiłosiernie kręcisz? - zapytał, szepcząc sennym głosem.
- Przepraszam. Nie chciałem Cię budzić, po prostu nie mogę zasnąć - odpowiedziałem, splatając dłonie.
Louis przez chwilę leżał nieruchomo razem ze mną, jakby chciał mnie wesprzeć w moim braku snu. Patrzyłem się przed siebie, czując na sobie jego uważny wzrok. Słychać było jedynie nasze oddechy i serenady świerszczy za oknem.
- Chciałbym mieć kotka - odezwałem się w końcu. - Adoptujemy kotka?
- Po co ci kotek? Ja Ci nie wystarczę? - rzekł z lekkim wyrzutem w głosie, cieszyłem się jednak, że kompletnie zignorował fakt, że zapytałem o to bez powodu w środku nocy.
- Biorąc pod uwagę fakt, że całe dnie przesiadujesz w pracy, to nie, nie wystarczysz - burknąłem. - Chcę kotka.
- O mój Boże, Harry, pogadamy o tym kiedy indziej, bo nie wiem jeszcze czego adopcja może Ci przyjść do głowy o tej porze - odpowiedział, gasząc lampkę. - A teraz śpij, kotku.
Wlazł na mnie, ułożył głowę na mojej klatce piersiowej i głośno odetchnął. Nie miałem wtedy już wyboru, musiałem jakoś zasnąć, a kręcić się już nie mogłem. Ucałowałem czubek jego głowy i zamknąłem oczy. Nie mogłem zasnąć jeszcze przez jakiś czas, ale w końcu odpłynąłem w akompaniacie pochrapywania Louisa.
Tego dnia nie padał deszcz ani nie było szczególnie zimno, choć przymrozek nadal trzymał się podłoża i skrzypiał pod butami. W mieście było trochę tłumnie, dlatego załatwienie kilku drobnych spraw zajęło mi ponad godzinę. Mimo że było południe, nie oczekiwałem, że Louis będzie już w domu. Znowu zaczął jeden z tych swoich projektów i przesiadywał w biurze. Dlatego zdziwiłem się, kiedy zorientowałem się, że drzwi wejściowe były otwarte. Wszedłem do środka, jednak zauważyłem, że buty Louisa nie stały w przedpokoju. Sprawdziłem kuchnię, salon i łazienkę, ale wszędzie było pusto. Zostało mi wtedy jeszcze piętro, na którym zresztą miałem wrażenie, że słyszałem kroki. Miałem trochę złe przeczucia, ale miałem nadzieję, że to był Louis, a nie jakiś włamywacz, albo coś w tym stylu. Po cichu wszedłem po schodach, które jak na złość zaczęły skrzypieć. Każdy najmniejszy dźwięk wydawał mi się wtedy okropnie głośny. Na górze z pewnością ktoś był. Przeszedłem przez korytarz, starając się nie zdradzić swojej obecności. W łazience też nikogo nie było, więc została jedynie sypialnia. Najpierw powoli i delikatnie złapałem za klamkę, a potem pchnąłem drzwiami. Prawie nimi uderzyłem kogoś, kto chciał wyjść. I tym ktosiem nie był Louis. Tylko Eleanor.
Nie wyglądała na zaskoczoną moim widokiem, bardziej przestraszyła się drzwi. Zmarszczyłem brwi i patrzyłem na nią pytająco, bo oczekiwałem, że jakoś się wytłumaczy.
- Och, ale mnie wystraszyłeś - powiedziała, łapiąc się teatralnie za serce. - Chciałam iść do łazienki - i znowu trafiłam tutaj. W końcu jestem tutaj dopiero drugi raz...wybacz...- wyjaśniła.
Błyskawicznie przypomniałem sobie, że też powinienem się wytłumaczyć, w końcu oficjalnie tam nie mieszkałem.
- Rozumiem, bo wiesz, ja postanowiłem na chwilę wpaść do Louisa, a że drzwi były otwarte, to wszedłem...tak właściwie, to gdzie on jest? - zapytałem z myślą, że przecież musiała wiedzieć gdzie jest. W końcu się nie włamała.
- Pojechał dosłownie na pięć minut do firmy wziąć dokumenty. Przyszłam, żeby omówić z nim nowy projekt, w pracy mieliśmy trochę zbyt mało czasu - odpowiedziała i uśmiechnęła się słodko.
Cieszyłem się, że jakoś wybrnąłem z tej dosyć niezręcznej sytuacji. Oboje wybrnęliśmy. Trochę ciężko było mi uwierzyć, że Eleanor znów zabłądziła. Była taka możliwość, ale musiałaby być naprawdę zakręcona. Nie chciałem jej pochopnie oceniać, ale jej zachowanie było po prostu dziwne. W dodatku toaleta była też na dole, dlaczego czekając na Louisa miałaby być na górze? Z pewnością nie zapraszał jej do sypialni. Chyba, że o czymś nie wiedziałem, ale szybko pozbyłem się tych myśli z głowy. Nie dało się ukryć, że Eleanor czuła miętę do Louisa, ale nie miałem wątpliwości, że w drugą stronę to nie działało. Nie miało prawa. Nie była aż tak cudowna, żeby zmienić dla niej orientację. Wywoływała sympatię, ale bez przesady. Postanowiłem, że później porozmawiam o tym z Louisem. Byłem ciekaw, czy zdawał sobie sprawę z tego, że jego sekretarka coś do niego czuje. Nie zauważyłem tego do momentu, aż zapytała mnie o to, czy Louis jest singlem; to było dość oczywiste, ale nie wiedziałem też, jak El zachowuje się w stosunku do niego, kiedy są sami. Choć nie byłbym też zdziwiony, gdyby tego nie zauważył, czasami praca pochłaniała wszystkie jego zmysły na tyle, że był praktycznie odcięty od świata.
Kiedy Louis po około dziesięciu minutach wrócił do domu, zastał widok mnie i Eleanor siedzących na kanapie i gawędzących w najlepsze. Musiałem przyznać, że mimo początkowej nieśmiałości, dziewczyna była rozgadana. Mówiła o wszystkim z takim zachwytem, jakby dosłownie wszystko ją interesowało. Potrafiła interesująco mówić o błahych sprawach nawet takich jak pogoda. Do każdego tematu miała do opowiedzenia coś, co jej się przytrafiło. Nie dało się ukryć, że nie była nudną osobą. Sądziłem, że ten czas, gdy będziemy czekać na Lou będzie niezręczny, ale wręcz przeciwnie - było miło. Zupełnie pozbyłem się wtedy z głowy jakichkolwiek oskarżeń, czy wątpliwości względem jej poprzedniego zachowania. Bo niby co złego mogła robić? Jakby chciała coś ukraść, szukałaby w salonie, w naszej sypialni nie było nic szczególnie kosztownego. Była najzwyczajniej w świecie zakręcona, bo przecież była w naszym domu dopiero drugi raz, w dodatku ten pierwszy był wtedy, gdy w domu był niezły tłok.
- O, Harry, przyszedłeś. Akurat nie było mnie w domu...ale widzę, że dobrze się bawicie - rzekł Louis, ściągając marynarkę. - Za chwilę omówimy ten projekt, tylko się przebiorę.
Widocznie Louis wierzył, że już zdążyłem wcisnąć Eleanor kit, że wpadłem na chwilę. Byłem przecież jego „przyjacielem od interesów”, więc nie było w tym nic dziwnego. Postanowiłem wtedy posiedzieć i poudawać, że wiedziałem o co chodzi, gdy rozmawiali o projekcie. Nie miałem ochoty znów wychodzić z domu i bezcelowo się kręcić. Przy okazji, dosyć ciekawie ich się obserwowało, kiedy już dyskretnie odłączyłem się od ich dyskusji, bo rzeczy, o których mówili zaczęły być coraz bardziej szczegółowe i skomplikowane. Louis był wyraźnie zmęczony, ale nadal intensywnie wypełniał dokumenty, tłumaczył, wymyślał. Był totalnie skupiony na konkretach podczas gdy Eleanor potakiwała mu i patrzyła się na niego maślanymi oczami. To było trochę zabawne, choć było mi żal El. Czasami miałem dziwne wrażenie, że między słodkimi uśmiechami skierowanymi w stronę Louisa, ukradkiem patrzyła się na mnie jakby spod byka. Prawdopodobnie tylko mi się tak wydawało, ze strachu, że mogłaby się o nas dowiedzieć. Była wtedy osobą, która była dosyć blisko nas, ciągle gdzieś się kręciła. Lubiłem ją, ale nie czułem się zbyt dobrze z faktem, że miała styczność z tym Louisem, który nie był ubranym w garnitur ważniakiem. To był bardziej mój Louis, którego zawsze miałem tylko ja. Tego prawdziwego i tak miałem ja, ale mimo wszystko wolałbym gdyby spotykali się o rzeczy związane z pracą w pracy. W domu bardzo łatwo było o wtopę. Mogłem przecież wejść do domu i krzyknąć „Louis, kochanie, jesteś już?” a wtedy nie było opcji, żebym się wytłumaczył. Mnie nieszczególnie zależało wtedy na ukrywaniu się, bo dla mnie nie było żadnym problemem, że ktoś by o nas wiedział. Miałem jednak świadomość, że dla Louisa było to ważne. Robiłem to wszystko dla niego.
Na szczęście dosyć szybko uwinęli się z ustalaniem wszystkich rzeczy, które mieli zamiar ustalić i szybko pożegnaliśmy Eleanor. Miałem nadzieję, że nie podejrzewała nic przez to, że zostałem u Louisa jeszcze dłużej i zachowywałem się dość swobodnie. Nie miałem zamiaru tłumaczyć się ze wszystkiego, w końcu tylko winny się tłumaczy. Po co miałaby zadręczać się myślą, że facet, który jej się podoba regularnie pieprzy się z kimś innym?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz