.

.

czwartek, 17 kwietnia 2014

Rozdział 2 - I'm sorry.

Przyzwyczaiłem się do tego, że wszystko psuję. Dlatego nie próbowałem niczego naprawiać.
Po tym, kiedy odważyłem się uderzyć Louisa pierwszy raz, z czasem zdarzył się drugi, trzeci i czwarty. Nieraz po cichu obiecywałem sobie, że więcej tego nie zrobię, ale nigdy nie udawało mi się dotrzymać obietnicy, bo kiedy się denerwowałem, racjonalne myślenie było mi obce. I fakt, że to robiłem, w ogóle mnie nie bolał. I jednym z najważniejszych powodów mojego postępowania było to, że Louis to akceptował. Nie usłyszałem od niego „Harry, krzywdzisz mnie”, „Nie mogę tego znieść”, czy choćby słowa o rozstaniu. Na drugi dzień zawsze było normalnie, rozmawialiśmy, śmialiśmy się, całowaliśmy, mówiłem mu nawet, że go kocham. Tak jakby za każdym razem wszystko szło w zapomnienie, a to mi było na rękę. Nie musiałem się na siłę zmieniać, ale jednocześnie go nie traciłem. Czy istniało coś lepszego od takiej sytuacji?
Nawet tuż po tym, gdy skrzywdziłem go pierwszy raz, nie spędziłem nocy na kanapie. Położyłem się w łóżku obok niego, nie usłyszałem ani słowa sprzeciwu mimo, że go do cholery przed chwilą pobiłem. Nie wiedziałem, czy już spał, czy był zbyt poruszony, żeby się odezwać, z resztą wtedy zbyt szybko zasnąłem, aby zdążyć się namyśleć. Sądziłem, że z rana czeka mnie długa i poważna rozmowa, ale on zachowywał się jakby nigdy nic. A skoro nie miał zamiaru o tym wspominać, tym lepiej było dla mnie, więc również milczałem. I za każdym razem było tak samo. Dlatego zwyczajnie zacząłem czuć, że to jest w porządku.
No dobra, były dwa małe zdarzenia, które w pewnym sensie zaburzyły, (a raczej miały na celu to zrobić) tę idealną perspektywę, która tak bardzo mi odpowiadała. Pewnego ranka obudziłem się obok Louisa, który jeszcze spał. To znaczy, tak myślałem. Był przykryty kołdrą tylko do połowy ciała, a w sypialni było dość chłodno, więc z troski chciałem bardziej go okryć. Zanim chwyciłem pościel, spojrzałem na jego plecy, na których zauważyłem dosyć dużego siniaka. Dobrze wiedziałem, że to ja byłem jego twórcą, i to niedawno, bo to było jakieś dwa dni wstecz. Naszło mnie, aby delikatnie ucałować to pobite miejsce. I tak zrobiłem.
- Harry, to nie sprawi, że przestanie mnie boleć... - szepnął na wpół śpiący.
Nie wiedziałem, jak zareagować, więc nie odpowiedziałem tylko po prostu okryłem go kołdrą i wyszedłem z pokoju, jednak stanąłem jeszcze na chwilę przy drzwiach w lekkiej zadumie.
- ...serce - dokończył szeptem, ale w domu było na tyle cicho, że usłyszałem to.
I żałowałem, bo to nieco chwyciło mnie za serce, ale nie byłem wtedy taki odważny jak byłem, kiedy go biłem, więc zszedłem na dół i starałem się o tym zapomnieć. Wiedziałem też, że Louis prawdopodobnie nie chciał, żebym to usłyszał. Ale z czasem to straciło znaczenie, bo nic z tym nie zrobiłem.
Inny raz wiąże się z kolejnym „poruszeniem serca”, choć złością też. Oglądałem telewizję po południu, kiedy Lou wrócił z zakupów. Już od początku widziałem, że ma dziwną minę i nastrój, jakby się czymś stresował, albo obawiał czegoś złego. Usiadł obok mnie, nerwowo splótł ręce i tępo wpatrywał się w ekran, zdecydowanie nie skupiał się na tym, co się na nim działo. Słyszałem, że oddycha trochę szybciej i generalnie zachowuje się niespokojnie, więc wreszcie nie wytrzymałem i zapytałem, czy coś się stało. Początkowo próbował mnie zbyć mówiąc, że wszystko w porządku, ale za chwilę otwierał usta i chciał coś powiedzieć, ale nie wydobywał z siebie dźwięku.
- Louis, jeżeli chcesz mi coś powiedzieć, zrób to - powiedziałem, wyłączając telewizor.
- Bo...ostatnio myślałem, że ty może potrzebujesz pomocy, Harry - rzekł, wstając z kanapy i chodząc w tę i z powrotem.
- Słucham? Jakiej pomocy? - zapytałam zdziwiony na jego propozycję.
- Pomocy specjalisty. Psychologa dokładniej...nie zrozum mnie źle, ale... - zająknął się.
- Chcesz mnie wysłać do psychologa? Po co? - pytałem go, choć domyślałem się o co mu chodzi, ale chciałem dać mu szansę się wytłumaczyć.
- Nie panujesz nad sobą, Harry, myślę, że dobrze sobie z tego zdajesz sprawę - odpowiedział głośno przełykając ślinę.
Zdziwiły mnie odważne, jak na niego, słowa, głównie dlatego, że nigdy nie poruszaliśmy tego tematu. Ale oczywiście musiałem postawić na swoim.
- I co w związku z tym? To normalne, że człowiek się denerwuje, uważasz, że jestem jakimś wariatem, chcesz mnie wysłać do czubków? - podnosiłem głos z każdym słowem, bo fakt, iż w ogóle zaczęliśmy o tym rozmawiać mnie rozdrażnił.
- To nie jest normalne - powiedział z odrobiną desperacji w głosie.
Zacząłem być naprawdę wściekły, że Louis w ogóle waży się mówić coś takiego. Nie dość, że poruszył bardzo drażliwy temat, to jeszcze próbował mi uświadomić coś, co wtedy uważałem za kompletną głupotę. Czułem, że zaczął sobie za dużo pozwalać, więc gwałtownie wstałem i podszedłem do niego. Po jego minie widziałem, że pożałował swoich słów, choć podejrzewałem, że mimo wszystko czerpał z tego satysfakcję.
- Czyli jestem nienormalny, tak? - warknąłem, uderzając go z liścia w prawy policzek, mimo, że wcale nie planowałem tego zrobić, to był odruch. - Uważasz mnie za obłąkanego?
Po tych słowach trafiłem w drugi policzek, tym razem mocniej. I szczerze mówiąc, zawsze po tym, kiedy go pobiłem, natychmiast od niego odchodziłem i nie widziałem go przez jakąś godzinę. Nigdy nie zdarzyło się tak, że po uderzeniu patrzyłem, jak cierpi, czy płacze. Ale w tamtej chwili to się właśnie stało. Zamachnąłem się, aby zaatakować go jeszcze raz, ale zobaczyłem, że nawet nie zakrywa się rękami, jak miał w zwyczaju. Z jego błękitnych oczu wypłynęły łzy. Stał tak i patrzył się na mnie. Coś mną zawładnęło, ale w pozytywnym sensie, poczułem łagodność, zdenerwowanie zaczęło mijać, czym dłużej wpatrywałem mu się w oczy. Opuściłem dłoń, którą trzymałem w górze, z zamiarem uderzenia go. Dotknąłem jego policzka i wytarłem kciukiem łzy, które spływały. Poczułem gulę w gardle, ale powstrzymałem się od płaczu. Louis podniósł swoją dłoń i położył ją na mojej. Wtedy go po prostu przytuliłem, a on rozpłakał się jeszcze bardziej. I nie wiedziałem, co powinienem robić. Dlatego po prostu tuliłem go do siebie i szeptałem ciągle „kocham Cię” i „przepraszam”.
Wtedy to było coś niesamowitego, i pewnie dałem Lou nadzieję na to, że się zmienię. Szkoda.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz