Tak
naprawdę doceniamy coś, dopiero, kiedy to stracimy.
Kiedyś
bym się z tym nie zgodził. Uważałem raczej, że jeżeli już coś
doceniamy, to robimy to cały czas, a nie kiedy już nie będziemy
tego mieli. Bo przecież to wydaje się bez sensu. Ale kiedy
straciłem Louisa, wiele rzeczy nabrało sensu, ale mnóstwo też go
gdzieś po drodze podziało. Nie mogłem przestać analizować tego,
co się wtedy stało, wielokrotnie próbowałem sprawić, żeby to
okazało się snem. Kompletnie nie docierało do mnie, że Louis się
wyprowadził i nie chce mieć ze mną nic wspólnego. Z dnia na dzień
straciłem moją miłość. Choć w zasadzie traciłem ją przez
kilka miesięcy, z każdym dniem, ale byłem zbyt głupi, że zdać
sobie z tego sprawę. Musiałem doprowadzić do czegoś takiego, żeby
zacząć zastanawiać się nad swoim zachowaniem. W sumie, przestałem
się dziwić, że Lou mnie tak potraktował. Gdybym wcześniej
widział to wszystko z jego perspektywy, przeraziłbym się samego
siebie. Nawet nie zasługiwałem na Louisa, dziwne, że w ogóle
wytrzymał ze mną kilka miesięcy, będąc w takim stanie. Chciał
mi pomóc, a ja go za to ukarałem. Był ze mnie kawał skurwysyna,
nie ma co. Ale jakie miało znaczenie to, że przyznałem to sam
sobie po fakcie? Kiedy straciłem już wszystko?
Nie
miałem pojęcia, co chciałem zrobić. Zostawić to, posłuchać się
Louisa i jakimś cudem o nim zapomnieć, czy mieć gdzieś jego
prośby i go znaleźć? Obie opcje wydawały się szalone i cholernie
trudne do wykonania, dlatego miałem jeszcze bardziej utrudniony
wybór. Z irytacji, złości i zagubienia, zapaliłem papierosa. Nie
robiłem tego nałogowo, rzadko mi się to zdarzało, ale jednak.
Najczęściej żeby rozładować nadmierny stres, czy coś w tym
stylu. Louis tego nie lubił, dlatego starałem się ograniczać do
minimum. W każdym bądź razie, kiedy wypaliłem cały tytoń i
usiadłem na schodach przed domem, zdałem sobie sprawę, że nie
mogę teraz normalnie funkcjonować. Jedyne o czym wtedy myślałem
to o Louisie i o tym, jak bardzo bym chciał, aby wiedział, że
żałuję tego, co mu zrobiłem. Brzmiało to banalnie, ale tak
właśnie było. Oddałbym wszystko, aby cofnąć czas. I miałbym
wtedy wejść normalnie do domu, zaparzyć sobie kawę, obejrzeć coś
w telewizji, iść spać, i codziennie robić praktycznie to samo,
tylko bez Lou, mając nadzieję, że o nim zapomnę? To było jeszcze
bardziej szalone niż perspektywa szukania go w każdym zakamarku
Londynu. Zastanawiałem się jak w ogóle mogło mi przejść przez
myśl, żebym tak po prostu odpuścił. Nie miałem zielonego
pojęcia, gdzie mógł być Louis, czy w ogóle jest w Londynie, czy
może wyjechał do innego miasta, do rodziny, do kogoś znajomego?
Jedyna rzecz jaką wiedziałem to fakt, że nie zamierzałem się
poddawać. Nawet jeżeli miałby dać mi kopa w dupę po moich
głupich tłumaczeniach, chciałem mu powiedzieć to, co mi leży na
sercu. Póki jeszcze jakaś jego część mnie kochała, bo z
pewnością mnie też nienawidził, mimo że nie napisał tego w
liście. To było oczywiste.
Postanowiłem,
że zacznę poszukiwania w mieście. Londyn był spory, ale
zamierzałem sprawdzić kilka hoteli i odwiedzić paru naszych
wspólnych znajomych. Z jednej strony mógł uciec daleko, żebym tak
łatwo go nie znalazł, ale z drugiej, może tylko chciał, żebym
tak myślał. Przysięgam, czułem się jak jakiś mafioza. Latałem
jak głupi, wypytując recepcjonistów, a później znajomych, o
Louisa. Swoją drogą, pytali się, dlaczego ich o to pytam, ale nie
miałem ochoty niczego tłumaczyć i wymyślałem jakieś wymówki.
Straciłem wiele godzin, przeszukując podejrzewaną przeze mnie o
przebywanie Lou część Londynu, ale nigdzie go nie było. Pusto.
Nie spodziewałem się, że szybko go znajdę, to jasne, ale męczyło
mnie to, że tak desperacko kręcąc się po całym mieście nie
zdziałałem prawie nic, ale przynajmniej cokolwiek starałem się
robić w tej sprawie. To było lepsze, niż siedzenie w domu i
bezradne wpatrywanie się w tę cholerną kartkę papieru, którą
przed wyjściem przypaliłem papierosem i wyrzuciłem do kosza, bo
nie mogłem już na nią patrzeć i nie chciałem zastać jej po
powrocie, to nie byłoby zbyt miłe powitanie.
Nieco
zrezygnowany, po odwiedzeniu kolejnego hotelu, stwierdziłem, że
muszę znaleźć lepszy sposób na znalezienie go, lub skontaktowanie
się z nim. Nie miałem pojęcia jaki, ale wiedziałem, że
przeszukiwanie całego miasta nie da zbyt dobrych rezultatów.
Szedłem chodnikiem, zmierzając w stronę swojego samochodu, kiedy
zauważyłem z daleka kogoś znajomego. Nie był to Louis, nie byłem
ogólnie pewien kim był ten mężczyzna, ale wiedziałem, że skądś
go kojarzę. Rozmawiał z kimś, a ja korzystając z okazji,
podszedłem trochę bliżej i niespostrzeżenie przyjrzałem mu się,
próbując przypomnieć sobie, kim on jest. Olśniło mnie, bo
okazało się, że to był ten idiotyczny „znajomy” Louisa,
David, czy jakim tam go matka imieniem pokarała. Wysoki brunet,
który zdaje się, że był wtajemniczony w nasze prywatne sprawy. W
tamtej chwili, cieszyłem się, że go spotkałem, bo to była okazja
na informację o tym, gdzie przebywa Louis. Byłem pewien, że ten
gość mu pomógł uciec i znaleźć jakieś lokum, a przynajmniej
musiał wiedzieć, czy Lou jest chociaż w Londynie. Poczekałem
chwilę, aż pożegna się ze swoim rozmówcą. Obadałem sytuację
jako idealną, bo stali oni przy ślepej alejce, w której spokojnie
mogliśmy porozmawiać sobie sam na sam. Ja to miałem szczęście,
nie ma co. No, pomijając, że właśnie byłem w kompletnym bagnie,
ale zawsze coś. Facet, z którym rozmawiał brunet, odszedł
pośpiesznie w drugą stronę, a sam David również chciał ruszyć,
lecz w przeciwną stronę, dokładniej w moją. Zanim zdążył
odejść od alejki, niewiele myśląc, podbiegłem do niego i
popchnąłem go na mur zaułka, upewniając się, że nikt tego nie
widział. Czułem się jak bandyta, poważnie. W sumie, to nie byłem
pewien jak chcę to rozegrać, ale to wszystko już zależało od
tego, jak zachowa się ten typ. Przytrzymałem go przy murze, nie
robiąc mu większej krzywdy. Na razie.
-
Gdzie jest Louis? - wypaliłem, nie owijając w bawełnę. Co się
będę pierdolił z wstępami.
- Skąd
mam wiedzieć? Dlaczego mnie napadasz? Puść mnie - warknął
oburzony.
- Nie,
dopóki nie odpowiesz na moje pytanie. Nie wierzę, że nic nie wiesz
- odpowiedziałem z irytacją, lecz bez zdenerwowania.
-
Nawet jakbym wiedział, to i tak nic bym ci nie powiedział, nie będę
na niego nasyłał boksera - zakpił.
-
Czyli wiesz - szepnąłem i uśmiechnąłem się krzywo. - Gadaj, i
nie żartuj sobie ze mnie, mam prawo wiedzieć, gdzie jest mój
chłopak, rozumiesz? - zapytałem retorycznie i szarpnąłem go
mocniej.
- Żeby
go sprać za to, że uciekł? Teraz to ty chyba sobie ze mnie
żartujesz - powiedział z bezczelnym uśmiechem.
Kopnąłem
go lekko w brzuch. Co jak co, ale on przecież zasługiwał na
agresję, musiał przestać być taki cwany. Był prawie tak samo
wysoki jak ja, ale z tego co czułem, niezbyt silny, jego opór
przeciwko szarpaniu był minimalny.
-
Posłuchaj mnie uważnie - wycedziłem przez zęby. - Albo mi
powiesz, gdzie jest Louis, i nikt nie zostanie pokrzywdzony, albo
będziesz milczał, i wtedy myślę, że jednak będą ofiary. Nie
szukam Louisa, żeby go skrzywdzić. Gadaj. - warknąłem, po czym
zatrząsłem nim tak, że uderzył głową o murowaną ścianę.
-
Derby... - szepnął, wypuszczając głośno powietrze. - Jest w
Derby. Nie znam adresu, przysięgam. Ale jeżeli go skrzywdzisz,
pożałujesz. A teraz mnie puść.
Gwałtownie
odsunąłem ręce od jego ramion i splunąłem za nim, kiedy szybko
odszedł. Niech się cieszy, że nie zrobiłem mu tego prosto w
twarz. Ale i tak był frajerem, wiedziałem, że zmięknie, kiedy coś
mu zagrozi, bez problemu wsypał Lou. Miałem nadzieję, że nie
kłamał, bo wtedy miałby jeszcze bardziej przechlapane, niż jakby
milczał. Derby było oddalone o prawie dwieście kilometrów od
Londynu, ale to nie robiło problemu. Wiedziałem przynajmniej, co
mam robić i gdzie szukać.
Zatankowałem
samochód i natychmiast wyruszyłem w podróż do Derby. Szczerze
mówiąc, nie miałem pojęcia, po co tam jadę, prócz oczywistego
znalezienia Louisa. Chodziło o fakt, że nie wiedziałem, co mu
powiem. Wytłumaczę się i z pokorą przyjmę odrzucenie, pożegnam
się? W końcu do przewidzenia było, że mi ot tak nie wybaczy, ale
cholera, prawie dwieście przejechanych kilometrów nie mogło pójść
na marne. Miałem czas, żeby się nad wszystkim zastanowić i
stwierdziłem, że nie jechałem tam, aby wrócić do Londynu sam i
realizować drugą opcję, czyli zapomnienie. Chciałem o niego
walczyć, z nim samym.
Łatwo
było mówić, bo nie wiedziałem też, jak to tak naprawdę się
potoczy. Padnę na kolana, rozpłaczę się, przeproszę, wyjaśnię,
czy wszystko naraz? Cóż, postanowiłem zdać się na emocje.
Oczywiście, powstrzymując te przesadnie negatywne, byłem pewien,
że muszę powstrzymać wyładowanie złości na nim, nawet jeśli
niesamowicie by mnie wkurwił. Wtedy to na 100% mógłbym się
pożegnać, a nawet na to nie dałby mi szansy, a ja miałbym wyrzuty
sumienia do końca życia. Także, plan miałem mniej więcej
obmyślony. Szkoda, że nie byłem w stanie przewidzieć, czy Louis
dostosuje się do mojego „scenariusza”. Wątpiłem w to, bo robił
to wcześniej zbyt długo, a ucieczka była czymś poza moją wolą.
Może i lepiej.
___________________________
Baaardzo proszę o wyrażenie swojej opinii w komentarzu, bo informując kilka osób i tak czuję, jakby prawie nikt nie czytał, no i przede wszystkim to daje ogromną motywację do dalszego pisania. :) x
styles, nie musiałeś od razu go atakować, więcej spokoju!
OdpowiedzUsuńmam nadzieję, że harry szybko znajdzie louisa i ten go wysłucha, co za gamon z tego harry'ego, boze slodko :(
@minheltstyles