.

.

sobota, 1 listopada 2014

Rozdział 10, OSTATNI - Without words.

 Tak jak wspominałam wcześniej, to już ostatni rozdział. :) Ładnie zaokrąglona, ostatnia dziesiątka. Wiem, że w porównaniu do wielu opowiadań jest ono krótkie, wiele razy ktoś wspominał, że rozdziały są krótkie, ale tak było w planach, ff miało być krótkie, nie chciałam rozwlekać go na nie wiadomo ile, bo bardzo skupiałam się na jednym wydarzeniu.
Nie przedłużając, mam nadzieję, że komuś miło się to czytało i że nie jest rozczarowany zakończeniem, mimo iż liczba czytelników jest bardzo znikoma ♥ 
Enjoy!
Ciemne, gęste chmury zebrały się na niebie, nie zapowiadając zbyt ładnej i suchej pogody. Wiatr, choć jeszcze całkiem niedawno spokojny, zerwał się; zaczął szeleścić liśćmi, tymi na drzewach jak i na ziemi oraz wlókł ze sobą po betonowym chodniku puste, plastikowe butelki, które ktoś bezczelnie wyrzucił. Momentami można było nawet usłyszeć świst, jaki towarzyszył wiatrowi i głośne zażalenia ludzi, którzy mieli jeszcze daleko do domu. Pogoda w sumie pasowała do sytuacji, w jakiej się znajdowałem. Niezdecydowany, burzliwy chaos. Choć to może bardziej oddawało to, co działo się w mojej głowie. Moje myśli nie były zbyt poukładane. Podejrzewałem, że Louisa też, bo wyglądał na zmieszanego. Mimo że nie staliśmy już w objęciach praktycznie w progu drzwi domu, w którym się zatrzymał. Trzymał w dłoniach kubek z herbatą, przekładał go z ręki do ręki i wlepiał wzrok w plaster cytryny, który pływał na wierzchu. Albo patrzył na swoje buty, a może na brudny, beżowy dywan pod jego butami, nie potrafiłem tego dokładnie ocenić, ale dla mnie wyglądało, jakby patrzył właśnie na tę cytrynę, jakby miała mu dać jakąś złotą, życiową radę. Co jakiś czas zerkał również na swoje spakowane walizki, które stały pod ścianą.
Tak, zabrał swoje rzeczy z tamtego domu. Byliśmy wtedy w pokoju hotelowym, który wynajmowałem. W zasadzie to było mniej więcej to, czego chciałem, odkąd w ogóle przyjechałem do tego miasta, ale jednak nie czułem jakiejś szczególnej euforii. Nic jeszcze nie było pewne. Louis przyszedł ze mną tylko i wyłącznie przez to, że zostanie dłużej w tamtym mieszkaniu nie było zbyt bezpieczne. Przynajmniej takie odnosiłem wrażenie. Nie ukrywam, że miałem wtedy cichą nadzieję, że może było coś jeszcze, co sprawiło, że zdecydował się iść ze mną. W każdym bądź razie, był tam ze mną i nie miał dokąd pójść. Wyjaśniając całą sytuację, David faktycznie w jakiś sposób go oszukał. Na początku Louis nie chciał nic powiedzieć, ale w końcu się wygadał. W końcu nie miał nic do stracenia. Podejrzane typy, których wcześniej widziałem, chcieli po prostu od Louisa pieniędzy za mieszkanie, w dodatku nie opłatę za jeden miesiąc, ale za cztery. Gęsto się tłumaczył, że nie on za to płaci, ale oni chcieli pieniędzy od osoby, która obecnie tam mieszkała. Jakimś cudem zgodzili się, żeby dać mu dodatkowe dwa dni, prawdopodobnie ze względu na to, że nie był Davidem, z którym głównie prowadzili interesy. Ten dupek najzwyczajniej w świecie skłamał, że mieszkanie jest jego, nie był wcale takim bogaczem, jakim wydawał się być. Miał spore długi za wynajem mieszkania, podejrzewałem, że dawał im coś w zastaw, żeby przedłużać terminy spłat. Chyba skończyły mu się propozycje, więc wkręcił Louisa. Miałem szczerą ochotę go znaleźć i zabić, jedyną przeszkodą było to, że nie wiedziałem, gdzie jest, Louis zresztą też nie. Nie mógł się do niego dodzwonić, ciągle włączała się poczta głosowa. Pewnie już się przygotował na to, że będzie się do niego dobijał, więc wyłączył telefon albo i zmienił numer. Okazał się cwańszy, niż się wydawał, ale i tak nie pomyślał, że to i tak jego będą ścigać. Może miał nadzieję, że Louis nie będzie chciał ze mną wrócić i ze względu na tymczasowy brak innego miejsca pobytu, będzie zmuszony zostać w tym cholernym, zadłużonym mieszkaniu. To wszystko było głupie i dziecinne, nie mogłem uwierzyć, że David zrobił taką głupotę, pomimo tego, że wiedziałem, iż nie grzeszył inteligencją. Nie mieściło mi się to w głowie.

Moje myśli kręciły się wtedy wokół jednego, desperackiego zdania, które chciałem wypowiedzieć. Było proste i głupie, ale tylko na to było mnie wtedy stać. Proszę, wróć ze mną. Przerażała mnie moja własna bezsilność. Miałem wtedy wielką szansę, którą z łatwością mogłem zaprzepaścić. Wystarczyło parę źle dobranych słów, a nawet gestów. Czułem, że wolałby mieszkać pod mostem, niż znów ze mną. Nie wiedziałem dlaczego, ale moje nastawienie znacznie się pogorszyło, wcześniej byłem bardziej pewny siebie, sądząc, że jakoś w końcu przekonam Louisa, aby ze mną wrócił. W tamtej sytuacji, mimo wszelkich ułatwień, poczułem wielki ciężar. Bez słowa wyszedłem z pokoju i wybiegłem przed hotel, aby zasięgnąć świeżego powietrza. Opuszczając pomieszczenie, usłyszałem jak Louis cicho odetchnął z ulgą, a przynajmniej miałem takie wrażenie. Możliwe, że sobie to wmówiłem, ale widziałem, że on też potrzebował chwili samotności. Dlatego też nie zadawał pytań, mimo mojego nagłego wyjścia. Najpierw odruchowo wyjąłem papierosa, żeby się uspokoić, ale po jednym zaciągnięciu się tytoniem, wyrzuciłem go do kosza. Poczułem, że tym razem to nie pomoże. Ten nieszczęsny papieros nie sprawiłby, że ten ciężar by spadł. Nie chciałem papierosa. Chciałem Louisa. Chciałem znów móc sprawić, że mi zaufa. Chciałem, żeby budził się obok mnie. Chciałem, żeby się mnie nie bał. Chciałem mieć go po prostu przy sobie. Szczęśliwego.
I byłem tak blisko, a jednocześnie daleko od moich pragnień.
Kiedy wróciłem, Louis siedział ciągle w tym samym miejscu i tej samej pozycji, jakby nie drgnął przez ostatnie pięć minut. Zmierzył mnie wzrokiem i odstawił kubek po herbacie. Spojrzał na mnie i uśmiechnął się niemrawo. Sam nie wiedziałem, dlaczego to zrobił, ale dodało mi to odrobinę otuchy. Musiałem jak najszybciej przerwać tę niezręczną ciszę, w końcu nie mogliśmy siedzieć tutaj w nieskończoność, patrzeć się na siebie i nie mieć pojęcia, co ze sobą zrobić. Zachowywaliśmy się trochę jak dzieci. Ja nie miałem zamiaru w nic w grać. Moim celem na tamtą chwilę było obudzenie się na drugi dzień w domu, w Londynie, obok Louisa. Dlatego podszedłem do niego i upadłem przed nim na kolana. Podniósł wzrok, nie bardzo wiedząc, co chciałem zrobić. Nasze twarze były praktycznie na tej samej wysokości, w końcu był niższy, więc on siedząc był na równi ze mną, gdy klęczałem. Złapałem go za dłonie, były bardzo ciepłe, albo wydawały mi się takie, bo moje przeszywało zimno. To był idealny przykład, jak bardzo się różniliśmy. On był ciepłem, a ja zimnem. On był ogniem, ja lodem.

Mimo tego zacisnął palce na mojej dłoni, mocno, jakby nie chciał dać mi odejść. A było na odwrót. To ja nie chciałem, żeby odszedł. Nie znowu. Chciałem puścić jedną rękę, aby dotknąć jego twarzy, ale nie pozwolił mi na to. Wciąż trzymał.
- Nie puszczaj. Nie teraz - szepnął cienkim głosikiem, głośno oddychając.
- Lou, ja... - odpowiedziałem, podejmując próbę powiedzenia mu czegokolwiek.
- Kocham cię. Kocham cię, Harry.
Powiedział mi to. Powiedział, że mnie kocha. A przecież jedyne co zrobiłem, to uklęknąłem i złapałem go za dłonie. Zaledwie wydukałem jego imię, choć miałem mu tyle do powiedzenia, do przepraszania. A on nie chciał tego słuchać. Nie potrzebował. Wpatrywał się w moje oczy, jakby wyczytywał z nich wszystko, o czym myślałem. Nie miałem pojęcia jak, i bardzo długo się nad tym zastanawiałem, ale stwierdziłem, że tak już miało być, i już. Zrozumieliśmy się bez słów. Nie zawsze co prawda, ale w tamtej chwili tak. Miałem wtedy ochotę rozpłakać się jak małe dziecko i rzucić mu się na szyję, ale ograniczyłem się do pojedynczej łzy i odwzajemnienia miłości. Tym razem słowami, choć gestami też. Słów nie ma sensu przytaczać, były zbyt chaotyczne i desperackie, bo byłem wtedy tak szczęśliwy, że nie stać mnie nie było na nic innego. Louis po prostu się uśmiechał, z czasem nawet śmiał i kazał zamknąć. Zamknął moje usta swoimi.

Tyle kombinowania, starań się, a on...ach, zresztą. Najważniejsze było, że do jasnej cholery, wrócił ze mną do Londynu. Musiałem dotrzymać też obietnicy, którą złożyłem mu w lawinie słów, które były co prawda niepoukładane, ale on wziął sobie każde słowo do serca. Zacząłem chodzić na terapię. Próbowałem w delikatny sposób przekonać Lou, że tego nie potrzebuję, bo przecież tyle razy sam się powstrzymałem od agresji...ale on bardzo łatwo mnie zbył, sądząc, że tylko tak mi się wydaje i to nic nie znaczy. Nie wiedziałem, ja czułem się bardzo pewny, ale chciałem dotrzymać obietnicy. Chodziłem tam tylko dla niego, ale miałem nadzieję, że z czasem zacznę tam chodzić również dla siebie. Musiałem się zmienić i bardzo starać, ale gdy myślałem o fakcie, że Louis znów jest przy mnie, byłem przekonany, że mogłem zrobić wszystko. Spełnić każdą prośbę, zachciankę...ja pewnie bym to wykorzystał, ale to ja. Louis w końcu taki nie był i nie starał się mnie podświadomie szantażować. Oh, kolejna rzecz, którą musiałem w sobie zmienić. Daleko mi było do perfekcji. A Louisowi? Tak naprawdę nie wiem, nie patrzyłem na to zbyt obiektywnie. Dla mnie był idealny.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz