.

.

niedziela, 25 stycznia 2015

Cześć 5 - Sit your ass down

Opierał głowę o nadgarstek jednej ręki, a drugą pisał. Chwilami przerywał, wystukiwał liczby na kalkulatorze i znów pisał. Później kładł obok kolejną stertę papierów i ponawiał czynność. Czasami nerwowo uderzał długopisem o szklany stół, lekko tupał nogą oraz wypuszczał z siebie ciężkie oddechy. Oczy łzawiły, poprzez ciągłe pocieranie ich, a pod nimi widoczny był zarys worów. Był zmęczony. Ale nie przerywał. 
Bolało mnie patrzenie, jak wciąż pracował. To mogło odbić się poważnie na jego zdrowiu, choć nawet gdy to mówiłem, nie słuchał. Zawsze powtarzał jak zaklęty, że musi to skończyć. Praca, praca i jeszcze raz praca. Rozumiałem, jak wielkie brzemię miał na plecach, prowadząc firmę i nie mógł pozwolić sobie na niedociągnięcia, ale nie dało się ukryć, że przeginał. Miał czas, żeby dokończyć niektóre rzeczy kiedy indziej, zlecić je komuś. Lecz on chciał to robić sam, po swojemu, nawet kosztem zmarnowania calutkiego dnia. 
Kiedy zaczął momentami wpatrywać się w jeden punkt, a potem wlepiał wzrok w kartkę, jakby nagle zapomniał, co miał zrobić, podszedłem do niego. Zabrałem mu długopis i odsunąłem sprzed nosa wszelkie papiery. Wyglądał na zmieszanego, ale najwyraźniej był tak zmęczony, że nie chciało mu się nawet złościć. 
- Harry, powinienem to jeszcze dziś skończyć - szepnął i kaszlnął, lekko się krztusząc.
- Nie będziesz nic kończył. Czy ty widziałeś siebie w lustrze? Wyglądasz koszmarnie - zbeształem go. 
- Dzięki, kochanie... - odparł, uśmiechając się pod nosem.
- No, wiesz, że nie o to mi chodzi. Po prostu jesteś wycieńczony. Idziesz natychmiast spać, rozumiesz? - powiedziałem, starając się brzmieć stanowczo.
- Dobrze, już dobrze. Pójdę tylko pod prysznic - odpowiedział z rezygnacją w głosie i ziewnął, przeciągając się.

Cieszyłem się, że tamtym razem poszło wyjątkowo gładko. Czasami żadne argumenty do niego nie trafiały. Zmęczenie jednak wygrało i już niecałe pół godziny później słodko spał. To był miły widok, o wiele milszy od pracującego Louisa.
Rano widok nie był już taki miły. Louis, zawzięcie wiążący krawat, ze łzawiącymi od kaszlu oczami i z czerwonym nosem kłócił się ze mną, że musi iść do pracy. Myślałem, że nie wytrzymam. Ledwo nadążał wyciągać chusteczki, a chciał pracować. Postanowiłem, że nie pozwolę mu tamtego dnia wyjść z domu i cudem mi się to udało. Zaczęło się od próbowania przemówienia mu do rozsądku, a skończyło się na zabieraniu mu telefonu i trzymania go tak wysoko, aby go nie dosięgnął. Przysięgam, zirytowany, zasmarkany, na wpół ubrany Louis zawzięcie próbujący dotrzeć do telefonu, który trzymałem w górze, był najbardziej uroczym widokiem na świecie. To był jeden z tych momentów, gdy wręcz kochałem być od niego wyższy.
Nie chcąc go zdenerwować aż tak bardzo (bo tak jak zirytowany Louis był uroczy, tak zdenerwowany był przerażający) chciałem oddać mu telefon. Ale żeby wyszło na moje, pod warunkiem, że weźmie go, aby zadzwonić do Eleanor i oświadczyć jej, że nie może przyjść do pracy, bo jest chory i poprosić o chwilowe przejęcie jego obowiązków. Ten pomysł nie spodobał mu się równie tak, jak to, że nie chciałem oddać mu telefonu, lecz ostatecznie, po krótkiej, ale dosadnej wymianie zdań ustąpił. Dopilnowałem, żeby mnie nie oszukał i naprawdę zadzwonił z wieścią, że zostaje w domu. Trochę się na mnie boczył, nawet gdy już leżał na kanapie w pościeli, a ja podawałem mu pod nos wszystko, co chciał. 

- Zobaczysz, że jeszcze mi za to podziękujesz, słońce - rzekłem z triumfem i ucałowałem jego czoło.
- Nie sądzę, żebym dziękował Ci za to, że będę musiał wszystko ogarniać, wiesz ile się dzieje podczas jednego, głupiego dnia pracy? - burknął z wyrzutem.
- Nie wiem i nie interesuje mnie to w tej chwili, potrzebowałeś odpoczynku nawet gdy nie byłeś chory, ale teraz, gdy jesteś, potrzebujesz go jeszcze bardziej - oświadczyłem. - Więc siedź na dupie i jedz rosół.

Nie ukrywam - zupa nie wyszła mi zbyt dobra, ale i tak wmusiłem ją w Louisa. Tak jak i trochę syropów i tabletek na gardło. Wiedziałem, że nie utrzymam go w domu dłużej niż jeden dzień, więc chciałem, żeby wykurował się chociaż na tyle, żeby dobrze funkcjonował. Dzwonił co jakiś czas kontrolnie do El, ale ta zbywała go tłumacząc, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. Jak zwykle niepotrzebnie się martwił, ale miałem wrażenie, że martwienie się na zapas to jego hobby.
Z każdym dniem Louis czuł się coraz lepiej, poszedł na drugi dzień do pracy, ale wciąż pilnowałem, aby przyjmował leki. W końcu i tak by o tym zapomniał. Niby taki dojrzały, a czasami trzeba było się nim opiekować jak dzieckiem. 
Po kilku dniach, kiedy wyciągałem pieniądze z bankomatu, aby opłacić rachunki, zauważyłem, że na koncie znajdowało się o wiele mniej pieniędzy, niż ich było wcześniej. Może nie zapisywałem sobie wszystkich wydatków, bo nie było takiej potrzeby, ale różnica była niemała. Sprawdziłem więc kiedy i w jakich ilościach były wyciągane pieniądze w historii. Od ponad tygodnia, co parę dni z konta były wyciągane spore sumy. Wiedziałem, że to na pewno nie ja to robiłem. Oczywiste było, że pewnie robił to Louis, ale zastanawiało mnie dlaczego. Nigdy nie wyciągał pieniędzy, zawsze robił przelewy, oboje płaciliśmy zawsze kartą. Przeszły mi przez myśl inwestycje, ale wtedy też korzystał z przelewów. Może nagle potrzebował gotówki, ale to i tak wydawało mi się dziwne. Dlatego też przy najbliżej okazji zapytałem go o to, nie podał mi konkretnego powodu, raczej zbył. Nie dopytywałem od razu, sam zacząłem to zbywać, ale kiedy z czasem pieniądze znikały w praktycznie takich samych odstępach czasowych nabrałem podejrzeń. W sumie nie wiedziałem o co go podejrzewałem, chciałem najzwyczajniej w świecie wiedzieć, dlaczego to robił. Gdy zapytałem po raz kolejny, znów starał się mnie zbywać, potem zaczął perfidnie zmyślać. Sam zaczął gubić się w swoim tłumaczeniu. Faktem było, że to jego pieniądze, to on je zarabiał, ale nie chodziło mi o to, że je wydawał. Oczekiwałem po prostu odrobiny szczerości, a skoro nie chciał nic powiedzieć, najwidoczniej w coś się wplątał. Trochę nad nim pracowałem, ale udało mi się przekonać go, aby zaczął konkretnie mówić.

- Dobrze, widzę, że nie przestaniesz pytać. W sumie, powinienem był ci o tym powiedzieć już dawno, ale jakoś tak wyszło... - powiedział, spuszczając głowę i wlepiając wzrok w swoje splecione dłonie.
- No dalej, Louis, co ty, wplątałeś się w jakieś chore układy z gangami i musisz im płacić czy co? - zapytałem niecierpliwie.
- Nie, nie...z żadnymi gangami. Mam tak jakby układ....ale z Eleanor - wydusił z siebie.
Poczułem się naprawdę dziwnie, kiedy to usłyszałem. W zasadzie to nie wiedziałem, co powinienem był myśleć na te słowa. Układ związany z pieniędzmi? Ze słodką, niewinną Eleanor?
Przez chwilę zastanawiałem się, czy Louis nie robił sobie ze mnie żartów. Ale okazało się, że wcale nie było mu do śmiechu. 
_____________________________

Przepraszam, że taka przerwa, ale natchnienie mnie opuściło. 
Żyjecie jeszcze? :c 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz