.

.

sobota, 10 maja 2014

Rozdział 4 - What the fuck is going on?

Przez długi czas nie zdawałem sobie sprawy, że często zachowywałem się, jakbym miał jakieś rozdwojenie jaźni. Najpierw go biłem, potem całowałem, a na koniec udawałem, że nic takiego się nie wydarzyło. Długo traktowałem to jako coś normalnego, w sumie wiele rzeczy zaliczałem do kategorii zwyczajnych, mimo, że w rzeczywistości, pod żadnym względem takie nie były. Tak naprawdę nie wiedziałem, czym byłem zaślepiony, co konkretnie przysłaniało mi wszystko, co ważne. Chora chęć nie zmieniania się, egoizm, czy może...miłość? Dziwna miłość, jeśli już. A nawet mógłbym nadać jej miano toksycznej. Choć myślę, że Louis by ją tak wtedy nazwał. Ja na pewno nie, przecież nie przyznałbym się do błędu tak szybko. Ale nikt nie miał prawa mnie oceniać...kto chciałby przyznawać się do własnej potyczki? Podejrzewam, że żaden człowiek by tego nie zrobił, gdyby nie musiał.
Przez jakiś czas podejrzewałem Louisa o to, że mnie zdradza. Znalazł kogoś innego, uciekł ode mnie, bo tak naprawdę przeszkadzało mu to co robię, ale nie był na tyle odważny, aby mi to powiedzieć. Starał się żyć podwójnie, w niebie z kimś, kto się o niego troszczył, i w piekle, ze mną. Choć tak naprawdę nie miałem do tego żadnych podstaw, nie znikał z domu na dłużej niż zazwyczaj, nie widziałem go z żadnym facetem, nawet z tym całym „znajomym”, który wie o wszystkim. Może po prostu bałem się, że go stracę. To były przeczucia, wydawało mi się, że widzę to w jego zachowaniu, mimo, że między nami cały czas było praktycznie tak samo. Kiedyś, gdy nie wytrzymałem i go o to zapytałem, oczywiście diametralnie zaprzeczył. To wcale mnie nie uspokoiło, bo przecież nawet jeśli by kogoś miał, to by się nie przyznał. Myślałem, że to przez zwykłe ludzkie zachowanie, w związkach ludzie przecież zazwyczaj nie mówią sobie, że się zdradzają. I nie myślałem w ogóle o fakcie, że on się mnie do cholery boi. Bo tak mi było prościej. Wszystko sobie upraszczałem, tak, żeby mi było najwygodniej, tylko i wyłącznie mnie. Pieprzony egoista, wiem. Teraz wiem.
Moja dwubiegunowość ujawniała się też w tym, że pomimo faktu, że biłem Lou, nigdy w życiu nie pozwoliłbym go nikomu skrzywdzić. Broniłbym go jak lew, nieważne, czy słowami, czy ciałem. Nie, nie dopuszczałem do siebie myśli, że ktoś mógłby mu coś zrobić, zranić w jakikolwiek sposób. Wpadłabym w szał. Taki sam, w jaki wpadam, gdy się denerwuję...i krzywdzę Louisa. Tylko wtedy kierowałbym to z o wiele większą siłą, zawiścią. Bo nad Louisem miałem już kontrolę, nie musiałem się specjalnie wysilać, żeby go uciszać podczas kłótni. To było w pewnym sensie przykre. Dobra, to było w każdym sensie przykre.
To był czas, kiedy pierwszy raz zaczęły mnie dręczyć myśli, że Louis nie czuje się ze mną dobrze. A nie mówi mi tego, bo się boi, i jest ze mną tylko dlatego. Ze strachu. Ale dosyć krótko zajęło mi zignorowanie teorii, która narodziła się w mojej głowie. Stwierdziłem, że przecież nie jestem aż taki straszny, gdyby naprawdę nie chciał ze mną być, dawno by mi to dał do zrozumienia, w jakikolwiek sposób, nawet niedosłowny. A jeżeli mnie kochał, widocznie to akceptował, nawet jeśli to było dla niego trudne. I to mi odpowiadało. Nie musiałem nic robić. Zmieniać się, przepraszać, błagać. Bo po co?
Słońce już powoli zachodziło. Znikało za horyzontem, ale nie było to dobrze widoczne, bo przysłaniały to ciemne chmury, zapowiadające deszcz. Drzewa zaczęły się niekontrolowanie bujać pod wpływem nagłego przypływu wiatru, co sprawiało, że śpiewające ptaki zaczęły z nich zlatywać. I tak nigdy nie spodziewałem się zbyt ładnej pogody. Wracałem do domu po załatwieniu kilku nieistotnych spraw. Byłem zmęczony, więc jedyne o czym myślałem, był fakt, aby położyć się na kanapie, obejrzeć jakieś głupoty w telewizji, przytulając Louisa, po czym położyć się z nim spać, nie śniąc o niczym konkretnym, bo sny mnie męczą, nieważne czy dobre, czy te złe. Szczerze mówiąc miałem wtedy wielką ochotę przytulić Lou, bardzo, bardzo mocno. Nie wiedziałem dlaczego, ale czułem wewnątrz jakąś tęsknotę, mimo że widzieliśmy się jeszcze dzisiaj. Czasami miałem też chęć, żeby przeprosić go za wszystko. Tak, o dziwo miałem uczucia i zdarzało mi się chcieć przyznać do błędu, ale to były tylko drobne, nieważne myśli, które i tak ginęły wśród innych, gorszych. Może to było moje sumienie, choć bardzo często wątpiłem i negowałem jego istnienie, bo było to bardzo niemiłe i natrętne uczucie. Obwiniane samego siebie, po co to komu?
W każdym bądź razie wróciłem wtedy do domu z bardzo dobrym nastawieniem. Wszedłem do salonu, z myślą, że Louis tam na mnie czeka. Ale nie było go tam, telewizor był wyłączony. W kuchni też pusto. Stwierdziłem, że może już śpi, więc sprawdziłem w sypialni na górze. Tam też go nie było. Zdziwiło mnie to trochę, bo zawsze był o tej godzinie w domu. W łazience nie paliło się światło. Zorientowałem się też, że zniknęły jego buty i kurtka. W zasadzie to nie było żadnej z par jego butów, które zawsze leżały niechlujnie porozwalane w przedpokoju, zawsze się o nie potykałem. A teraz nie było po nich ani śladu. W szafce na buty, nigdzie. Co do cholery?
Wewnętrznie zacząłem trochę panikować, bo fakt, że go nie było to jedno, ale dlaczego zabrakło większości jego rzeczy? Z bijącym sercem otworzyłem szafę z ubraniami w naszej sypialni. Nic. Nie było ani jednej jego koszulki, zostały tylko moje. Nie wiedziałem wtedy, co miałem sobie pomyśleć. Zszedłem na dół i dopiero zauważyłem kartkę, wciśniętą między poduszkę a kanapę. Przez chwilę stałem tak, bojąc się wziąć ją do ręki i przeczytać. Obawiałem się najgorszego. Zastanawiałem się, czy jeżeli zacznę to czytać, to czy będę w stanie skończyć, bo to nic takiego, czy nie dam rady, bo całkowicie rozbiję się psychicznie po paru pierwszych wyrazach, czy zdaniach. Mógłbym tak stać w nieskończoność i gdybać nad tym, czy to przeczytać, byłem naprawdę przerażony. Z jednej strony byłem ciekawy, o co tu do cholery chodzi, ale z drugiej bałem się odpowiedzi. Niby taki groźny i odważny, ale wewnętrznie byłem tchórzem. Patrzyłem na ten prostokątny kawałek papieru, jakby miał się zaraz na mnie rzucić i mnie udusić. Może i by to zrobił, gdybym go przeczytał. Wziąłem go do ręki, zgniotłem w kulkę, podążyłem do kuchni i wrzuciłem do kosza. Tak, byłem aż taką pipą. Jakby się okazało, że to lista zakupów chyba padłbym ze śmiechu i wstydziłbym się za siebie do końca życia nawet jeśli nikt by o tym nie wiedział.
Usiadłem na kanapie i włączyłem telewizor, żeby na chwilę się uspokoić. Wziąłem parę głębokich oddechów i wyjąłem telefon z kieszeni. To było najlepsze rozwiązanie w obecnej sytuacji. Przez kilka minut gorączkowo próbowałem dodzwonić się do Lou. Ani razu nie odebrał. Już nawet nie chodziło o to, że sygnał się kończył i włączała się poczta głosowa. Odrzucał moje połączenia, jedno za drugim, trzy razy z rzędu. To był jakiś pieprzony żart. 
___________________
Btw. chciałabym bardzo podziękować każdemu, kto to czyta. Czytelników jest niewiele, ale ja i tak jestem zadowolona z tych kilku. :) Cieszę się za każdym razem, jak widzę komentarz, nawet jeśli jest tylko jeden, ale sama świadomość, że mam kogo informować o rozdzialach, mnie cieszy, choć bardzo bym chciała, aby w miarę możliwości ktoś komentował. (chyba, że pisze mi co sądzi na twitterze, lub prywatnie ;)) I przypominam, że jeżeli komuś się niewygodnie czyta, bo jest rażący kolor czy czcionka, to napiszcie.
Lots of love xx 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz