Przez
długi czas nie zdawałem sobie sprawy, że często zachowywałem
się, jakbym miał jakieś rozdwojenie jaźni. Najpierw go biłem,
potem całowałem, a na koniec udawałem, że nic takiego się nie
wydarzyło. Długo traktowałem to jako coś normalnego, w sumie
wiele rzeczy zaliczałem do kategorii zwyczajnych, mimo, że w
rzeczywistości, pod żadnym względem takie nie były. Tak naprawdę
nie wiedziałem, czym byłem zaślepiony, co konkretnie przysłaniało
mi wszystko, co ważne. Chora chęć nie zmieniania się, egoizm, czy
może...miłość? Dziwna miłość, jeśli już. A nawet mógłbym
nadać jej miano toksycznej. Choć myślę, że Louis by ją tak
wtedy nazwał. Ja na pewno nie, przecież nie przyznałbym się do
błędu tak szybko. Ale nikt nie miał prawa mnie oceniać...kto
chciałby przyznawać się do własnej potyczki? Podejrzewam, że
żaden człowiek by tego nie zrobił, gdyby nie musiał.
Przez
jakiś czas podejrzewałem Louisa o to, że mnie zdradza. Znalazł
kogoś innego, uciekł ode mnie, bo tak naprawdę przeszkadzało mu
to co robię, ale nie był na tyle odważny, aby mi to powiedzieć.
Starał się żyć podwójnie, w niebie z kimś, kto się o niego
troszczył, i w piekle, ze mną. Choć tak naprawdę nie miałem do
tego żadnych podstaw, nie znikał z domu na dłużej niż zazwyczaj,
nie widziałem go z żadnym facetem, nawet z tym całym „znajomym”,
który wie o wszystkim. Może po prostu bałem się, że go stracę.
To były przeczucia, wydawało mi się, że widzę to w jego
zachowaniu, mimo, że między nami cały czas było praktycznie tak
samo. Kiedyś, gdy nie wytrzymałem i go o to zapytałem, oczywiście
diametralnie zaprzeczył. To wcale mnie nie uspokoiło, bo przecież
nawet jeśli by kogoś miał, to by się nie przyznał. Myślałem,
że to przez zwykłe ludzkie zachowanie, w związkach ludzie przecież
zazwyczaj nie mówią sobie, że się zdradzają. I nie myślałem w
ogóle o fakcie, że on się mnie do cholery boi. Bo tak mi było
prościej. Wszystko sobie upraszczałem, tak, żeby mi było
najwygodniej, tylko i wyłącznie mnie. Pieprzony egoista, wiem.
Teraz wiem.
Moja
dwubiegunowość ujawniała się też w tym, że pomimo faktu, że
biłem Lou, nigdy w życiu nie pozwoliłbym go nikomu skrzywdzić.
Broniłbym go jak lew, nieważne, czy słowami, czy ciałem. Nie, nie
dopuszczałem do siebie myśli, że ktoś mógłby mu coś zrobić,
zranić w jakikolwiek sposób. Wpadłabym w szał. Taki sam, w jaki
wpadam, gdy się denerwuję...i krzywdzę Louisa. Tylko wtedy
kierowałbym to z o wiele większą siłą, zawiścią. Bo nad
Louisem miałem już kontrolę, nie musiałem się specjalnie
wysilać, żeby go uciszać podczas kłótni. To było w pewnym
sensie przykre. Dobra, to było w każdym sensie przykre.
To był
czas, kiedy pierwszy raz zaczęły mnie dręczyć myśli, że Louis
nie czuje się ze mną dobrze. A nie mówi mi tego, bo się boi, i
jest ze mną tylko dlatego. Ze strachu. Ale dosyć krótko zajęło
mi zignorowanie teorii, która narodziła się w mojej głowie.
Stwierdziłem, że przecież nie jestem aż taki straszny, gdyby
naprawdę nie chciał ze mną być, dawno by mi to dał do
zrozumienia, w jakikolwiek sposób, nawet niedosłowny. A jeżeli
mnie kochał, widocznie to akceptował, nawet jeśli to było dla
niego trudne. I to mi odpowiadało. Nie musiałem nic robić.
Zmieniać się, przepraszać, błagać. Bo po co?
Słońce
już powoli zachodziło. Znikało za horyzontem, ale nie było to
dobrze widoczne, bo przysłaniały to ciemne chmury, zapowiadające
deszcz. Drzewa zaczęły się niekontrolowanie bujać pod wpływem
nagłego przypływu wiatru, co sprawiało, że śpiewające ptaki
zaczęły z nich zlatywać. I tak nigdy nie spodziewałem się zbyt
ładnej pogody. Wracałem do domu po załatwieniu kilku nieistotnych
spraw. Byłem zmęczony, więc jedyne o czym myślałem, był fakt,
aby położyć się na kanapie, obejrzeć jakieś głupoty w
telewizji, przytulając Louisa, po czym położyć się z nim spać,
nie śniąc o niczym konkretnym, bo sny mnie męczą, nieważne czy
dobre, czy te złe. Szczerze mówiąc miałem wtedy wielką ochotę
przytulić Lou, bardzo, bardzo mocno. Nie wiedziałem dlaczego, ale
czułem wewnątrz jakąś tęsknotę, mimo że widzieliśmy się
jeszcze dzisiaj. Czasami miałem też chęć, żeby przeprosić go za
wszystko. Tak, o dziwo miałem uczucia i zdarzało mi się chcieć
przyznać do błędu, ale to były tylko drobne, nieważne myśli,
które i tak ginęły wśród innych, gorszych. Może to było moje
sumienie, choć bardzo często wątpiłem i negowałem jego
istnienie, bo było to bardzo niemiłe i natrętne uczucie. Obwiniane
samego siebie, po co to komu?
W
każdym bądź razie wróciłem wtedy do domu z bardzo dobrym
nastawieniem. Wszedłem do salonu, z myślą, że Louis tam na mnie
czeka. Ale nie było go tam, telewizor był wyłączony. W kuchni też
pusto. Stwierdziłem, że może już śpi, więc sprawdziłem w
sypialni na górze. Tam też go nie było. Zdziwiło mnie to trochę,
bo zawsze był o tej godzinie w domu. W łazience nie paliło się
światło. Zorientowałem się też, że zniknęły jego buty i
kurtka. W zasadzie to nie było żadnej z par jego butów, które
zawsze leżały niechlujnie porozwalane w przedpokoju, zawsze się o
nie potykałem. A teraz nie było po nich ani śladu. W szafce na
buty, nigdzie. Co do cholery?
Wewnętrznie
zacząłem trochę panikować, bo fakt, że go nie było to jedno,
ale dlaczego zabrakło większości jego rzeczy? Z bijącym sercem
otworzyłem szafę z ubraniami w naszej sypialni. Nic. Nie było ani
jednej jego koszulki, zostały tylko moje. Nie wiedziałem wtedy, co
miałem sobie pomyśleć. Zszedłem na dół i dopiero zauważyłem
kartkę, wciśniętą między poduszkę a kanapę. Przez chwilę
stałem tak, bojąc się wziąć ją do ręki i przeczytać.
Obawiałem się najgorszego. Zastanawiałem się, czy jeżeli zacznę
to czytać, to czy będę w stanie skończyć, bo to nic takiego, czy
nie dam rady, bo całkowicie rozbiję się psychicznie po paru
pierwszych wyrazach, czy zdaniach. Mógłbym tak stać w
nieskończoność i gdybać nad tym, czy to przeczytać, byłem
naprawdę przerażony. Z jednej strony byłem ciekawy, o co tu do
cholery chodzi, ale z drugiej bałem się odpowiedzi. Niby taki
groźny i odważny, ale wewnętrznie byłem tchórzem. Patrzyłem na
ten prostokątny kawałek papieru, jakby miał się zaraz na mnie
rzucić i mnie udusić. Może i by to zrobił, gdybym go przeczytał.
Wziąłem go do ręki, zgniotłem w kulkę, podążyłem do kuchni i
wrzuciłem do kosza. Tak, byłem aż taką pipą. Jakby się okazało,
że to lista zakupów chyba padłbym ze śmiechu i wstydziłbym się
za siebie do końca życia nawet jeśli nikt by o tym nie wiedział.
Usiadłem
na kanapie i włączyłem telewizor, żeby na chwilę się uspokoić.
Wziąłem parę głębokich oddechów i wyjąłem telefon z kieszeni.
To było najlepsze rozwiązanie w obecnej sytuacji. Przez kilka minut
gorączkowo próbowałem dodzwonić się do Lou. Ani razu nie
odebrał. Już nawet nie chodziło o to, że sygnał się kończył i
włączała się poczta głosowa. Odrzucał moje połączenia, jedno
za drugim, trzy razy z rzędu. To był jakiś pieprzony żart.
___________________
Btw. chciałabym bardzo podziękować każdemu, kto to czyta. Czytelników jest niewiele, ale ja i tak jestem zadowolona z tych kilku. :) Cieszę się za każdym razem, jak widzę komentarz, nawet jeśli jest tylko jeden, ale sama świadomość, że mam kogo informować o rozdzialach, mnie cieszy, choć bardzo bym chciała, aby w miarę możliwości ktoś komentował. (chyba, że pisze mi co sądzi na twitterze, lub prywatnie ;)) I przypominam, że jeżeli komuś się niewygodnie czyta, bo jest rażący kolor czy czcionka, to napiszcie.
Lots of love xx
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz