To była ponad dwumiesięczna przerwa, i głupio mi z tym, ale wena mnie opuściła i pisałam naprawdę małe fragmenty co jakiś czas, ale nareszcie coś tam się uzbierało na rozdział. Mam nadzieję, że ktoś będzie jeszcze chętny kontynuacji czytania, pocieszę, że to prawdopodobnie przedostatni rozdział. :) Enjoy.
________________________________________________________
Nikt
nie powiedział, że będzie łatwo. Ale nie czułem się
rozczarowany - sam nigdy tak nie zakładałem. Nie robiłem tego,
żeby uniknąć właśnie rzekomego rozczarowania, które z pewnością
przyszłoby po tym, kiedy myślałbym, że dostanę coś ot tak. Nie
komplikując - dostałem kopa w dupę i po części spodziewałem się
tego. Przez brak wiary w powodzenie. Sprytne, prawda?
Wiem,
że wcale nie.
Ten
niebieskooki, niziutki chłopak miewał w przeszłości swoje fochy,
w zasadzie było to zanim zacząłem być tym oschłym chamem,
później najzwyczajniej w świecie bał się je strzelać. Troszkę
za nimi tęskniłem, szczerze mówiąc. Za tymi małymi, nieistotnymi
kłótniami, po których Louis był (lub udawał), że jest obrażony,
a ja zawsze go przepraszałem, mimo, że zgrywał nieugiętego. Takie
coś było potrzebne, w końcu nie istniały perfekcyjne związki bez
kłótni. Takie zbyt długo by nie przetrwały. No, tylko nasze
kłótnie przerodziły się w coś gorszego, ale tę historię już
znacie. Chciałem tego nie
rozpamiętywać, ale nie potrafiłem. Z resztą, nic dziwnego. Poza
tym, zapomnienie problemu nie sprawi, że zniknie. A nawet jeżeli
wszystko by działało na tej zasadzie, wbrew pozorom nie byłoby tak
łatwo. Po prostu zapomnieć. Zapominanie to cholernie trudna rzecz -
myślisz, o tym, żeby zapomnieć, co sprawia, że jeszcze bardziej o
tym pamiętasz. A nawet jeśli nie robisz tego na siłę i czekasz,
aż to samo odejdzie, to i tak będzie zbyt trudne. Wszystko
sprowadza się do tego, że problemy trzeba naprawiać, a nie
zapominać. O ile się da. W sumie, zawsze da się coś zrobić.
Cokolwiek.
W
moim przypadku, sam nie wiedziałem, czy mogłem coś jeszcze zrobić.
Zrobiłbym wszystko, ale na myśl nie przychodziło mi nic, prócz
nachodzenia go i błagania o przebaczenie, co raczej nie poskutkuje.
Chociaż, za drugim razem, przyjął mnie milej, niż wcześniej.
Oparł się mi, ale żałował, bo chciał się ode mnie odciąć, a
ja mu to utrudniłem. Zrządzenie losu, że zawsze musiałem coś
spieprzyć. Choć w moim przypadku, chyba bardziej spieprzyć się
nie dało. W każdym bądź razie, postanowiłem, że odwiedzę Lou
jeszcze raz. Może bez celu, może aby pokazać, że mi zależy. Nie
wiedziałem. Nie chciałem jednak robić tego od razu, ani ja, ani on
nie byliśmy gotowi, żeby znów się zobaczyć. Wierzyłem, że gdy
ochłonie, potraktuje mnie lepiej. Byłem zdolny gnić w tym
cholernym Derby, aż stracę wszystkie pieniądze, nie miałem
zamiaru wracać do Londynu sam, nie wyobrażałem sobie wrócić do
pustego domu. To jak odwrócić się od wszystkiego, co daje ci
szczęście i wskoczyć w czarną, pustą dziurę. Może Louis
liczył, że to zrobię. Może naprawdę mnie już nie chciał, ale
tak głupi, zdesperowany i zakochany idiota jak ja, kompletnie się
tym nie przejmował.
Czasami
wciąż nie docierało do mnie, że go straciłem. Naprawdę nie
miałem pojęcia, co miałem wcześniej w głowie. Fakt, nadal nie
powstrzymywałem agresji w stu procentach, ale desperacko próbowałem
kierować ją na siebie, na cokolwiek innego, tylko nie na Louisa. W
zasadzie, ostatnio byłem bardziej zły na siebie, niż na niego. Nie
był niczemu winny. Po prostu pękł. Był wrażliwy, cholernie. Ja
niestety nieszczególnie. Byliśmy różni, była między nami
ogromna przepaść, teraz była jeszcze większa i czułem, jak
zwiększała się z każdym dniem, godziną, minutą, sekundą. Przez
to wyniszczające uczucie, chciałem jak najszybciej znów się z nim
zobaczyć, choć powinienem się wstrzymać. Denerwowałem się tak,
że paliłem papierosa za papierosem, mimo że wcześniej robiłem to
tylko okazyjnie. Nigdy się nie spodziewałem, że tak się poczuję.
Gdybym tylko wiedział. Ale nie wiedziałem, tak najwidoczniej
musiało być, nie mogłem cofnąć czasu. Gdyby była taka
możliwość, z jednej strony byłaby cudowna, ale z drugiej wszystko
by się pokręciło do reszty. Jeżeli w cofniętym czasie świadomość
by zostawała, uczucie, że bylibyśmy w ogóle do czegoś takiego
zdolni, byłoby niszczące. Poza tym, wtedy nikt by się nie uczył
na błędach. Ja czułem, jak z każdym dniem uczyłem się coraz
więcej, mimo że tylko siedziałem w tym cholernym hotelowym pokoju,
marnowałem pieniądze, mało spałem, piłem kawę, paliłem
papierosy i myślałem, nie lekko, zwyczajnie - męcząco, głęboko
i dobitnie.
Lecz
idąc ponownie w stronę domu zamieszkiwanego przez Louisa, nie
myślałem zbyt wiele. Zawsze, kiedy zamierzałem się z nim spotkać,
miałem pusto w głowie i zero pojęcia, co chciałem powiedzieć.
Chyba nie byłem po prostu w stanie ująć w słowa tego całego
wewnętrznego bałaganu. Niby cel był prosty, chciałem
najzwyczajniej w świecie wrócić z nim do Londynu, ale z każdym
dniem wszystko komplikowało się coraz bardziej. Nie wiedziałem,
jaka była wtedy perspektywa Louisa, co o mnie myślał, czy mnie
kochał, nienawidził. Utrudniało mi to wszystko, zwłaszcza, że
nawet jakbym wprost zapytał, prawdopodobnie by mi nie odpowiedział,
ale chciałem go mieć przy sobie, bez względu na odpowiedź. Lub
jej brak.
Skręciłem
w alejkę otoczoną wysokimi, ceglanymi murami, a po przejściu przez
nią, ujrzałem dom, który stał nieopodal. Przed domem stał duży,
srebrny bus, który z pewnością nie należał ani do Louisa, ani
Davida. Zanim zdążyłem sobie cokolwiek pomyśleć, drzwi
gwałtownie i szeroko otworzyły się, z domu wyłoniło się trzech
gości, krępych, wysokich dwóch z nich miało na nosie okulary
przeciwsłoneczne. Wpakowali się do pojazdu i poprowadzili w niej
krótką konwersację, której nie byłem w stanie usłyszeć.
Poczekałem na końcu alejki, gdzie przystanąłem, kiedy zobaczyłem
podejrzanego busa i poczekałem, aż odjechali. Miałem cholernie złe
przeczucia, bo wizyta takich ludzi raczej nie była pokojowa. Mimo
tego spokojnie podszedłem do drzwi i grzecznie zapukałem. Cisza.
Powtórzyłem czynność, ale nadal nikt nie odpowiadał,
prawdopodobnie byłem ignorowany, więc pociągnąłem za klamkę i
ostrożnie pchnąłem drzwi. Pierwsze co ujrzałem, to Louis, stojący
nieruchomo przy ścianie. Jego twarz nie wyrażała żadnych emocji,
mimo mojej niespodziewanej wizyty. Patrzył pusto przed siebie, a po
chwili przeniósł wzrok na mnie, ale jego wygląd nie zmienił się.
-
Oszukał mnie - wyszeptał nagle. - Oszukał i zniknął.
-
Co? Kto, David? Jak cię oszukał? - zapytałem zdziwiony, niewiele
rozumiejąc z tego, co mówił.
-
Nie mam już nikogo, wszyscy mnie oszukali - powiedział, ignorując
moje pytania.
-
Lou... - odpowiedziałem, nie wiedząc, jak zareagować na jego
dziwne słowa.
Chciałem
znów zacząć pytać, nabrałem powietrza, ale wypuściłem je i nie
powiedziałem nic, bo Louis zaczął płakać. Nagle, głośno i z
żalem. Mówienie czegokolwiek było wtedy kompletnie bez sensu. Więc
po prostu trzymałem go w ramionach, mocno, ale jednocześnie
delikatnie, a on płakał, na moim ramieniu, nie zważając na to,
czy ta sytuacja była dziwna, nieodpowiednia. Ale nie była. Coś
dobrego było w tym, że on płakał, a ja go po prostu trzymałem.
ew ew dobre too!
OdpowiedzUsuńpodoba mi sie fabuła i styl pisania
tylko poproszę większe literki :D
i cóż czekam na następny, informuj mnie naatt proszę
@kika1613