Tak oto prezentuje się rozdział pierwszy (wiem, że jest krótki, ale tak wyszło) i jestem otwarta na wszelką krytykę :)
Jak ktoś chce być informowany o kolejnych rozdziałach na Twitterze, to napiszcie w komentarzach swoją nazwę.
Jeżeli też niewygodnie wam się czyta (zły kolor, czcionka, wielkość) to też możecie mi napisać.
___________________________________
Za oknem padał deszcz, którego krople uderzały z impetem o szyby, grzmoty błyskały oślepiającym blaskiem, a pioruny głośno uderzały w ziemię. Po prostu była burza. Siedziałem na kanapie i przez chwilę przyglądałem się brzydkiej pogodzie, która panowała na zewnątrz, po czym wróciłem do poprzedniego zajęcia, czyli obserwowaniu Louisa, który leżał tuż obok mnie, opierając głowę na moim ramieniu. Głupoty w telewizji nie były nawet w jednej czwartej tak interesujące, jak on. Długie rzęsy, kasztanowe włosy ułożone w artystyczny nieład (ale dam głowę, że codziennie układał je co najmniej pół godziny), błękitne oczy, w których z łatwością można utonąć, to był cały Louis. Metr siedemdziesiąt czystego, cholernego uroku, choć wyglądał na mniej. Po jego wyrazie twarzy widziałem, że jego też nieszczególnie ciekawi program, który leciał, ale często oglądał coś tylko dla zabicia czasu. Zawsze, kiedy przyłapywał mnie, że mu się przypatruje, spoglądał na mnie i uśmiechał się. Kochałem jego uśmiech. Kochałem go całego.
- Powinieneś już jechać, bo się spóźnisz - rzekł cicho Louis, podnosząc się z kanapy.
- Hmm, wolałbym to odwołać, nie mam ochoty nigdzie jeździć w taką ulewę - odpowiedziałem z grymasem.
- Wiem, ale myślę, że jednak nie powinieneś tego odkładać. To dopiero druga wizyta - powiedział dobitnie.
- Eh, w porządku - oznajmiłem, po czym ucałowałem go w czoło.
Musiałem jechać na wizytę do psychologa. Cóż, nie zawsze było idealnie. Ale zacznijmy od początku.
Miałem pewne problemy z panowaniem nad sobą, co odkryłem dopiero po długim czasie. Wcześniej traktowałem to jako coś normalnego, cechę charakteru, której nie mogę zmienić. Tak mi było najwygodniej, bo kto chciałby akceptować fakt, że coś jest z nim nie tak? Pewnie niewielki odsetek ludzi, a ja na pewno nie byłem jednym z nich. Nie panowałem nad uczuciem złości. To było coś, co rozrywało mnie od środka, potrzebowało wyjść na zewnątrz i dać sobie upust. Kiedy się porządnie zdenerwowałem, a nie było o to trudno, zazwyczaj zaczynałem rzucać przedmiotami, cokolwiek miałem pod ręką. Lubiłem, gdy wywoływało to dużo hałasu, tłukło się. A jeżeli obiektem mojej wściekłości był ktoś, potrafiłem ciskać tym wszystkim w tą osobę, albo po prostu ją bić. Nie wiedziałem, że jestem do tego zdolny, dopóki tego nie odkryłem. I nie byłem tym w ogóle przerażony. Czułem zadowolonie i kontrolę nad sytuacją.
I wszystko sprowadza się do tego, że często kierowałem to do osoby, którą kochałem. Nie miałem wątpliwości do tego, że go kochałem, nigdy. Ale bez względu na to, byłem w stanie krzywdzić Louisa. Odkąd zrobiłem to pierwszy raz, zacząłem traktować to jako część związku, zwykły wynik kłótni. Nie obwiniałem się za to, czasem nawet uważałem, że to wina Lou, przecież mógł mnie nie rozdrażniać. Taki już byłem, a on miał to zaakceptować. Jeżeli mnie kochał, to powinien również zrozumieć moją wadę, nawet największą i taką, która go rani. Tak wtedy myślałem. Jak skurwysyn, wiem.
Ten „pierwszy raz” zdarzył się, gdy wróciłem nieco podchmielony z jakiejś imprezy. Obiecałem Louisowi, że tym razem wrócę wcześniej, bo zawsze się o mnie martwił, ale oczywiście nie dotrzymałem danego słowa i wpadłem do domu około pierwszej w nocy. On nie spał, czekał na mnie. Wiedziałem, że zacznie mówić mi, że znowu wróciłem za późno, ale nie spodziewałem się, że będzie aż tak krzyczał. Jakby co najmniej był moją matką. Zdenerwował mnie cholernie, bo jedyne co chciałem zrobić po powrocie, to wziąć prysznic i położyć się do łóżka, a musiałem jeszcze męczyć się z nim. Przeprosiny zawsze działały, ale nie tym razem. Twierdził, że nie chodzi mu już o to, że zasiedziałem się na głupiej imprezie, tylko o to, że skłamałem, i to nie pierwszy raz. W tamtej chwili chciałem po prostu skończyć tę dyskusję, wolałem, żebyśmy milczeli niż darli się w niebogłosy o tej godzinie, kiedy byłem tak umordowany. Ale Louis nie dawał za wygraną. Dlatego zrzuciłem parę szklanek ze stołu, rozbiły się z hałasem, ale to go nie wystraszyło, przez co poczułem się jeszcze bardziej rozdrażniony. Podszedłem do niego bardzo blisko, tak, że był przywarty do ściany. Spojrzałem mu w oczy, w których brakowało jakiegokolwiek strachu. Irytowało mnie, że się nie wystraszył, że jestem wściekły, bo odebrał mi moje ulubione uczucie kontroli. Doprawił mnie jeszcze paroma gorzkimi słowami, które wypowiedział mi prosto w oczy. Nie wytrzymałem. Odwagi dodał mi alkohol płynący w żyłach. Uniosłem rękę wysoko nad nim i gwałtownie ją spuściłem, uderzając go w policzek, na którym został odcisk mojej dłoni. Wtedy zaczęło się piekło, bo na tym nie skończyłem, przyłożyłem mu jeszcze raz, aż zjechał na podłogę, ocierając plecami o ścianę. Kopnąłem go w brzuch, nie tak mocno jak w buzię, ale na tyle, aby to poczuł. Zawył, zakrywając się rękami w ruchu obronnym. Na tym skończyłem. Odszedłem od niego jak gdyby nigdy nic i udałem się do łazienki. Początkowo odczuwałem przerażenie i zastanawiałem się, co zrobiłem. Ale później zacząłem myśleć, że to sprawiło, iż było cicho. Nie wytykał mi niczego. Poczucie władzy zapanowało nade mną i zabiło poczucie winy.
Ta sytuacja była przełomem w mojej agresji, bo sprawiła, że zacząłem traktować to jako środek na zakończenie kłótni. Gdybym wtedy się powstrzymał, nie wiem, czy byłbym w stanie zrobić to jeszcze kiedyś.
Całowałem go, pieprzyłem, kochałem i biłem. Czy ta jedna zła rzecz na tle trzech wspaniałych miała jakieś znaczenie?
zajebiste, ale i tak skończysz to za jakiś tydzień, ewentualnie dwa, hihi kc. ♥
OdpowiedzUsuńJa pierdolę... Szczerze i z całego serca Cię nienawidzę... Zabiję cię i zabiorę twój talent do pisania :)
OdpowiedzUsuńPozdrawia pani od NIMM 2 lubiąca robić spam.
OdpowiedzUsuń