.

.

piątek, 30 maja 2014

Rozdział 6 - I've lost you.

Tak naprawdę doceniamy coś, dopiero, kiedy to stracimy.
Kiedyś bym się z tym nie zgodził. Uważałem raczej, że jeżeli już coś doceniamy, to robimy to cały czas, a nie kiedy już nie będziemy tego mieli. Bo przecież to wydaje się bez sensu. Ale kiedy straciłem Louisa, wiele rzeczy nabrało sensu, ale mnóstwo też go gdzieś po drodze podziało. Nie mogłem przestać analizować tego, co się wtedy stało, wielokrotnie próbowałem sprawić, żeby to okazało się snem. Kompletnie nie docierało do mnie, że Louis się wyprowadził i nie chce mieć ze mną nic wspólnego. Z dnia na dzień straciłem moją miłość. Choć w zasadzie traciłem ją przez kilka miesięcy, z każdym dniem, ale byłem zbyt głupi, że zdać sobie z tego sprawę. Musiałem doprowadzić do czegoś takiego, żeby zacząć zastanawiać się nad swoim zachowaniem. W sumie, przestałem się dziwić, że Lou mnie tak potraktował. Gdybym wcześniej widział to wszystko z jego perspektywy, przeraziłbym się samego siebie. Nawet nie zasługiwałem na Louisa, dziwne, że w ogóle wytrzymał ze mną kilka miesięcy, będąc w takim stanie. Chciał mi pomóc, a ja go za to ukarałem. Był ze mnie kawał skurwysyna, nie ma co. Ale jakie miało znaczenie to, że przyznałem to sam sobie po fakcie? Kiedy straciłem już wszystko?
Nie miałem pojęcia, co chciałem zrobić. Zostawić to, posłuchać się Louisa i jakimś cudem o nim zapomnieć, czy mieć gdzieś jego prośby i go znaleźć? Obie opcje wydawały się szalone i cholernie trudne do wykonania, dlatego miałem jeszcze bardziej utrudniony wybór. Z irytacji, złości i zagubienia, zapaliłem papierosa. Nie robiłem tego nałogowo, rzadko mi się to zdarzało, ale jednak. Najczęściej żeby rozładować nadmierny stres, czy coś w tym stylu. Louis tego nie lubił, dlatego starałem się ograniczać do minimum. W każdym bądź razie, kiedy wypaliłem cały tytoń i usiadłem na schodach przed domem, zdałem sobie sprawę, że nie mogę teraz normalnie funkcjonować. Jedyne o czym wtedy myślałem to o Louisie i o tym, jak bardzo bym chciał, aby wiedział, że żałuję tego, co mu zrobiłem. Brzmiało to banalnie, ale tak właśnie było. Oddałbym wszystko, aby cofnąć czas. I miałbym wtedy wejść normalnie do domu, zaparzyć sobie kawę, obejrzeć coś w telewizji, iść spać, i codziennie robić praktycznie to samo, tylko bez Lou, mając nadzieję, że o nim zapomnę? To było jeszcze bardziej szalone niż perspektywa szukania go w każdym zakamarku Londynu. Zastanawiałem się jak w ogóle mogło mi przejść przez myśl, żebym tak po prostu odpuścił. Nie miałem zielonego pojęcia, gdzie mógł być Louis, czy w ogóle jest w Londynie, czy może wyjechał do innego miasta, do rodziny, do kogoś znajomego? Jedyna rzecz jaką wiedziałem to fakt, że nie zamierzałem się poddawać. Nawet jeżeli miałby dać mi kopa w dupę po moich głupich tłumaczeniach, chciałem mu powiedzieć to, co mi leży na sercu. Póki jeszcze jakaś jego część mnie kochała, bo z pewnością mnie też nienawidził, mimo że nie napisał tego w liście. To było oczywiste.
Postanowiłem, że zacznę poszukiwania w mieście. Londyn był spory, ale zamierzałem sprawdzić kilka hoteli i odwiedzić paru naszych wspólnych znajomych. Z jednej strony mógł uciec daleko, żebym tak łatwo go nie znalazł, ale z drugiej, może tylko chciał, żebym tak myślał. Przysięgam, czułem się jak jakiś mafioza. Latałem jak głupi, wypytując recepcjonistów, a później znajomych, o Louisa. Swoją drogą, pytali się, dlaczego ich o to pytam, ale nie miałem ochoty niczego tłumaczyć i wymyślałem jakieś wymówki. Straciłem wiele godzin, przeszukując podejrzewaną przeze mnie o przebywanie Lou część Londynu, ale nigdzie go nie było. Pusto. Nie spodziewałem się, że szybko go znajdę, to jasne, ale męczyło mnie to, że tak desperacko kręcąc się po całym mieście nie zdziałałem prawie nic, ale przynajmniej cokolwiek starałem się robić w tej sprawie. To było lepsze, niż siedzenie w domu i bezradne wpatrywanie się w tę cholerną kartkę papieru, którą przed wyjściem przypaliłem papierosem i wyrzuciłem do kosza, bo nie mogłem już na nią patrzeć i nie chciałem zastać jej po powrocie, to nie byłoby zbyt miłe powitanie.
Nieco zrezygnowany, po odwiedzeniu kolejnego hotelu, stwierdziłem, że muszę znaleźć lepszy sposób na znalezienie go, lub skontaktowanie się z nim. Nie miałem pojęcia jaki, ale wiedziałem, że przeszukiwanie całego miasta nie da zbyt dobrych rezultatów. Szedłem chodnikiem, zmierzając w stronę swojego samochodu, kiedy zauważyłem z daleka kogoś znajomego. Nie był to Louis, nie byłem ogólnie pewien kim był ten mężczyzna, ale wiedziałem, że skądś go kojarzę. Rozmawiał z kimś, a ja korzystając z okazji, podszedłem trochę bliżej i niespostrzeżenie przyjrzałem mu się, próbując przypomnieć sobie, kim on jest. Olśniło mnie, bo okazało się, że to był ten idiotyczny „znajomy” Louisa, David, czy jakim tam go matka imieniem pokarała. Wysoki brunet, który zdaje się, że był wtajemniczony w nasze prywatne sprawy. W tamtej chwili, cieszyłem się, że go spotkałem, bo to była okazja na informację o tym, gdzie przebywa Louis. Byłem pewien, że ten gość mu pomógł uciec i znaleźć jakieś lokum, a przynajmniej musiał wiedzieć, czy Lou jest chociaż w Londynie. Poczekałem chwilę, aż pożegna się ze swoim rozmówcą. Obadałem sytuację jako idealną, bo stali oni przy ślepej alejce, w której spokojnie mogliśmy porozmawiać sobie sam na sam. Ja to miałem szczęście, nie ma co. No, pomijając, że właśnie byłem w kompletnym bagnie, ale zawsze coś. Facet, z którym rozmawiał brunet, odszedł pośpiesznie w drugą stronę, a sam David również chciał ruszyć, lecz w przeciwną stronę, dokładniej w moją. Zanim zdążył odejść od alejki, niewiele myśląc, podbiegłem do niego i popchnąłem go na mur zaułka, upewniając się, że nikt tego nie widział. Czułem się jak bandyta, poważnie. W sumie, to nie byłem pewien jak chcę to rozegrać, ale to wszystko już zależało od tego, jak zachowa się ten typ. Przytrzymałem go przy murze, nie robiąc mu większej krzywdy. Na razie.
- Gdzie jest Louis? - wypaliłem, nie owijając w bawełnę. Co się będę pierdolił z wstępami.
- Skąd mam wiedzieć? Dlaczego mnie napadasz? Puść mnie - warknął oburzony.
- Nie, dopóki nie odpowiesz na moje pytanie. Nie wierzę, że nic nie wiesz - odpowiedziałem z irytacją, lecz bez zdenerwowania.
- Nawet jakbym wiedział, to i tak nic bym ci nie powiedział, nie będę na niego nasyłał boksera - zakpił.
- Czyli wiesz - szepnąłem i uśmiechnąłem się krzywo. - Gadaj, i nie żartuj sobie ze mnie, mam prawo wiedzieć, gdzie jest mój chłopak, rozumiesz? - zapytałem retorycznie i szarpnąłem go mocniej.
- Żeby go sprać za to, że uciekł? Teraz to ty chyba sobie ze mnie żartujesz - powiedział z bezczelnym uśmiechem.
Kopnąłem go lekko w brzuch. Co jak co, ale on przecież zasługiwał na agresję, musiał przestać być taki cwany. Był prawie tak samo wysoki jak ja, ale z tego co czułem, niezbyt silny, jego opór przeciwko szarpaniu był minimalny.
- Posłuchaj mnie uważnie - wycedziłem przez zęby. - Albo mi powiesz, gdzie jest Louis, i nikt nie zostanie pokrzywdzony, albo będziesz milczał, i wtedy myślę, że jednak będą ofiary. Nie szukam Louisa, żeby go skrzywdzić. Gadaj. - warknąłem, po czym zatrząsłem nim tak, że uderzył głową o murowaną ścianę.
- Derby... - szepnął, wypuszczając głośno powietrze. - Jest w Derby. Nie znam adresu, przysięgam. Ale jeżeli go skrzywdzisz, pożałujesz. A teraz mnie puść.
Gwałtownie odsunąłem ręce od jego ramion i splunąłem za nim, kiedy szybko odszedł. Niech się cieszy, że nie zrobiłem mu tego prosto w twarz. Ale i tak był frajerem, wiedziałem, że zmięknie, kiedy coś mu zagrozi, bez problemu wsypał Lou. Miałem nadzieję, że nie kłamał, bo wtedy miałby jeszcze bardziej przechlapane, niż jakby milczał. Derby było oddalone o prawie dwieście kilometrów od Londynu, ale to nie robiło problemu. Wiedziałem przynajmniej, co mam robić i gdzie szukać.
Zatankowałem samochód i natychmiast wyruszyłem w podróż do Derby. Szczerze mówiąc, nie miałem pojęcia, po co tam jadę, prócz oczywistego znalezienia Louisa. Chodziło o fakt, że nie wiedziałem, co mu powiem. Wytłumaczę się i z pokorą przyjmę odrzucenie, pożegnam się? W końcu do przewidzenia było, że mi ot tak nie wybaczy, ale cholera, prawie dwieście przejechanych kilometrów nie mogło pójść na marne. Miałem czas, żeby się nad wszystkim zastanowić i stwierdziłem, że nie jechałem tam, aby wrócić do Londynu sam i realizować drugą opcję, czyli zapomnienie. Chciałem o niego walczyć, z nim samym.
Łatwo było mówić, bo nie wiedziałem też, jak to tak naprawdę się potoczy. Padnę na kolana, rozpłaczę się, przeproszę, wyjaśnię, czy wszystko naraz? Cóż, postanowiłem zdać się na emocje. Oczywiście, powstrzymując te przesadnie negatywne, byłem pewien, że muszę powstrzymać wyładowanie złości na nim, nawet jeśli niesamowicie by mnie wkurwił. Wtedy to na 100% mógłbym się pożegnać, a nawet na to nie dałby mi szansy, a ja miałbym wyrzuty sumienia do końca życia. Także, plan miałem mniej więcej obmyślony. Szkoda, że nie byłem w stanie przewidzieć, czy Louis dostosuje się do mojego „scenariusza”. Wątpiłem w to, bo robił to wcześniej zbyt długo, a ucieczka była czymś poza moją wolą. Może i lepiej. 
___________________________

Baaardzo proszę o wyrażenie swojej opinii w komentarzu, bo informując kilka osób i tak czuję, jakby prawie nikt nie czytał, no i przede wszystkim to daje ogromną motywację do dalszego pisania. :) x

1 komentarz:

  1. styles, nie musiałeś od razu go atakować, więcej spokoju!
    mam nadzieję, że harry szybko znajdzie louisa i ten go wysłucha, co za gamon z tego harry'ego, boze slodko :(

    @minheltstyles

    OdpowiedzUsuń