.

.

środa, 1 października 2014

Rozdział 9 - I will hold you tight.

 To była ponad dwumiesięczna przerwa, i głupio mi z tym, ale wena mnie opuściła i pisałam naprawdę małe fragmenty co jakiś czas, ale nareszcie coś tam się uzbierało na rozdział. Mam nadzieję, że ktoś będzie jeszcze chętny kontynuacji czytania, pocieszę, że to prawdopodobnie przedostatni rozdział. :) Enjoy.
________________________________________________________

Nikt nie powiedział, że będzie łatwo. Ale nie czułem się rozczarowany - sam nigdy tak nie zakładałem. Nie robiłem tego, żeby uniknąć właśnie rzekomego rozczarowania, które z pewnością przyszłoby po tym, kiedy myślałbym, że dostanę coś ot tak. Nie komplikując - dostałem kopa w dupę i po części spodziewałem się tego. Przez brak wiary w powodzenie. Sprytne, prawda?
Wiem, że wcale nie.
Ten niebieskooki, niziutki chłopak miewał w przeszłości swoje fochy, w zasadzie było to zanim zacząłem być tym oschłym chamem, później najzwyczajniej w świecie bał się je strzelać. Troszkę za nimi tęskniłem, szczerze mówiąc. Za tymi małymi, nieistotnymi kłótniami, po których Louis był (lub udawał), że jest obrażony, a ja zawsze go przepraszałem, mimo, że zgrywał nieugiętego. Takie coś było potrzebne, w końcu nie istniały perfekcyjne związki bez kłótni. Takie zbyt długo by nie przetrwały. No, tylko nasze kłótnie przerodziły się w coś gorszego, ale tę historię już znacie. Chciałem tego nie rozpamiętywać, ale nie potrafiłem. Z resztą, nic dziwnego. Poza tym, zapomnienie problemu nie sprawi, że zniknie. A nawet jeżeli wszystko by działało na tej zasadzie, wbrew pozorom nie byłoby tak łatwo. Po prostu zapomnieć. Zapominanie to cholernie trudna rzecz - myślisz, o tym, żeby zapomnieć, co sprawia, że jeszcze bardziej o tym pamiętasz. A nawet jeśli nie robisz tego na siłę i czekasz, aż to samo odejdzie, to i tak będzie zbyt trudne. Wszystko sprowadza się do tego, że problemy trzeba naprawiać, a nie zapominać. O ile się da. W sumie, zawsze da się coś zrobić. Cokolwiek.
W moim przypadku, sam nie wiedziałem, czy mogłem coś jeszcze zrobić. Zrobiłbym wszystko, ale na myśl nie przychodziło mi nic, prócz nachodzenia go i błagania o przebaczenie, co raczej nie poskutkuje. Chociaż, za drugim razem, przyjął mnie milej, niż wcześniej. Oparł się mi, ale żałował, bo chciał się ode mnie odciąć, a ja mu to utrudniłem. Zrządzenie losu, że zawsze musiałem coś spieprzyć. Choć w moim przypadku, chyba bardziej spieprzyć się nie dało. W każdym bądź razie, postanowiłem, że odwiedzę Lou jeszcze raz. Może bez celu, może aby pokazać, że mi zależy. Nie wiedziałem. Nie chciałem jednak robić tego od razu, ani ja, ani on nie byliśmy gotowi, żeby znów się zobaczyć. Wierzyłem, że gdy ochłonie, potraktuje mnie lepiej. Byłem zdolny gnić w tym cholernym Derby, aż stracę wszystkie pieniądze, nie miałem zamiaru wracać do Londynu sam, nie wyobrażałem sobie wrócić do pustego domu. To jak odwrócić się od wszystkiego, co daje ci szczęście i wskoczyć w czarną, pustą dziurę. Może Louis liczył, że to zrobię. Może naprawdę mnie już nie chciał, ale tak głupi, zdesperowany i zakochany idiota jak ja, kompletnie się tym nie przejmował.
Czasami wciąż nie docierało do mnie, że go straciłem. Naprawdę nie miałem pojęcia, co miałem wcześniej w głowie. Fakt, nadal nie powstrzymywałem agresji w stu procentach, ale desperacko próbowałem kierować ją na siebie, na cokolwiek innego, tylko nie na Louisa. W zasadzie, ostatnio byłem bardziej zły na siebie, niż na niego. Nie był niczemu winny. Po prostu pękł. Był wrażliwy, cholernie. Ja niestety nieszczególnie. Byliśmy różni, była między nami ogromna przepaść, teraz była jeszcze większa i czułem, jak zwiększała się z każdym dniem, godziną, minutą, sekundą. Przez to wyniszczające uczucie, chciałem jak najszybciej znów się z nim zobaczyć, choć powinienem się wstrzymać. Denerwowałem się tak, że paliłem papierosa za papierosem, mimo że wcześniej robiłem to tylko okazyjnie. Nigdy się nie spodziewałem, że tak się poczuję. Gdybym tylko wiedział. Ale nie wiedziałem, tak najwidoczniej musiało być, nie mogłem cofnąć czasu. Gdyby była taka możliwość, z jednej strony byłaby cudowna, ale z drugiej wszystko by się pokręciło do reszty. Jeżeli w cofniętym czasie świadomość by zostawała, uczucie, że bylibyśmy w ogóle do czegoś takiego zdolni, byłoby niszczące. Poza tym, wtedy nikt by się nie uczył na błędach. Ja czułem, jak z każdym dniem uczyłem się coraz więcej, mimo że tylko siedziałem w tym cholernym hotelowym pokoju, marnowałem pieniądze, mało spałem, piłem kawę, paliłem papierosy i myślałem, nie lekko, zwyczajnie - męcząco, głęboko i dobitnie.
Lecz idąc ponownie w stronę domu zamieszkiwanego przez Louisa, nie myślałem zbyt wiele. Zawsze, kiedy zamierzałem się z nim spotkać, miałem pusto w głowie i zero pojęcia, co chciałem powiedzieć. Chyba nie byłem po prostu w stanie ująć w słowa tego całego wewnętrznego bałaganu. Niby cel był prosty, chciałem najzwyczajniej w świecie wrócić z nim do Londynu, ale z każdym dniem wszystko komplikowało się coraz bardziej. Nie wiedziałem, jaka była wtedy perspektywa Louisa, co o mnie myślał, czy mnie kochał, nienawidził. Utrudniało mi to wszystko, zwłaszcza, że nawet jakbym wprost zapytał, prawdopodobnie by mi nie odpowiedział, ale chciałem go mieć przy sobie, bez względu na odpowiedź. Lub jej brak.
Skręciłem w alejkę otoczoną wysokimi, ceglanymi murami, a po przejściu przez nią, ujrzałem dom, który stał nieopodal. Przed domem stał duży, srebrny bus, który z pewnością nie należał ani do Louisa, ani Davida. Zanim zdążyłem sobie cokolwiek pomyśleć, drzwi gwałtownie i szeroko otworzyły się, z domu wyłoniło się trzech gości, krępych, wysokich dwóch z nich miało na nosie okulary przeciwsłoneczne. Wpakowali się do pojazdu i poprowadzili w niej krótką konwersację, której nie byłem w stanie usłyszeć. Poczekałem na końcu alejki, gdzie przystanąłem, kiedy zobaczyłem podejrzanego busa i poczekałem, aż odjechali. Miałem cholernie złe przeczucia, bo wizyta takich ludzi raczej nie była pokojowa. Mimo tego spokojnie podszedłem do drzwi i grzecznie zapukałem. Cisza. Powtórzyłem czynność, ale nadal nikt nie odpowiadał, prawdopodobnie byłem ignorowany, więc pociągnąłem za klamkę i ostrożnie pchnąłem drzwi. Pierwsze co ujrzałem, to Louis, stojący nieruchomo przy ścianie. Jego twarz nie wyrażała żadnych emocji, mimo mojej niespodziewanej wizyty. Patrzył pusto przed siebie, a po chwili przeniósł wzrok na mnie, ale jego wygląd nie zmienił się.
- Oszukał mnie - wyszeptał nagle. - Oszukał i zniknął.
- Co? Kto, David? Jak cię oszukał? - zapytałem zdziwiony, niewiele rozumiejąc z tego, co mówił.
- Nie mam już nikogo, wszyscy mnie oszukali - powiedział, ignorując moje pytania.
- Lou... - odpowiedziałem, nie wiedząc, jak zareagować na jego dziwne słowa.
Chciałem znów zacząć pytać, nabrałem powietrza, ale wypuściłem je i nie powiedziałem nic, bo Louis zaczął płakać. Nagle, głośno i z żalem. Mówienie czegokolwiek było wtedy kompletnie bez sensu. Więc po prostu trzymałem go w ramionach, mocno, ale jednocześnie delikatnie, a on płakał, na moim ramieniu, nie zważając na to, czy ta sytuacja była dziwna, nieodpowiednia. Ale nie była. Coś dobrego było w tym, że on płakał, a ja go po prostu trzymałem.

1 komentarz:

  1. ew ew dobre too!
    podoba mi sie fabuła i styl pisania
    tylko poproszę większe literki :D
    i cóż czekam na następny, informuj mnie naatt proszę

    @kika1613

    OdpowiedzUsuń