.

.

sobota, 26 lipca 2014

Rozdział 8 - Mistake.

To nie było zakończenie, jakiego oczekiwałem. Mimo, że w zasadzie to nie był jeszcze koniec. Chodziło mi raczej o zakończenie tej całej sytuacji, bo wyszedłem z mieszkania naprawdę ciężko, tak, że musiałem usiąść na ławce w pobliżu. Nie wiedziałem, że poczucie winy jest aż tak mentalnie ciężkie, że aż sprawia wrażenie ciężaru fizycznego. Chociaż, może nie tylko to uczucie sprawiało, że czułem się taki ciężki. Zazdrość, złość, rozczarowanie, bezsilność? Tak, chyba było jeszcze całkiem sporo tego, ale czasami trudno jest nazwać każde uczucie. Nie było obce, prawdopodobnie dopadało każdego człowieka, ale żaden nie był w stanie go określić, najzwyczajniej w świecie uważał, że czuje się źle, choć to nie było to. Wszyscy je znali, lecz go nie nazywali.
Dobrze wiedziałem, że nie odpuszczę i czułem, że Louis również o tym wie. Dlatego moje odwiedziny na drugi dzień, wnioskując po jego minie, nie były dla niego niespodzianką. Davida nie było w domu, czego osobiście dowiedziałem się sam - widziałem go przypadkiem, gdy jakiś czas temu wyszedł, prawdopodobnie do swojego domu. Na całe szczęście nie mieszkali razem. Nie miałem ochoty oglądać go u boku Louisa, zależało mi na tym, żeby zastać go samego, tym razem mógłby już nie być tak miły i nie wyprosić swojego przyjaciela, tak jak zrobił to ostatnim razem. Zwłaszcza, że ten typ zdecydowanie za bardzo miesza się w nie swoje sprawy.
Po twarzy Lou, kiedy otworzył drzwi, prócz obojętności malowała się również chęć trzaśnięcia mi drzwiami przed nosem, dlatego aby temu zapobiec, wysunąłem nogę do progu. Zauważył to i spojrzał na mnie krzywo, zdecydowanie niezadowolony, że przeszkodziłem mu w tym zamiarze.

- Nie dasz mi spokoju tak łatwo, prawda? - zapytał, opierając się o futrynę.
- Prawda - odpowiedziałem łagodnie. - Mogę wejść?
- Nie mam wyboru - bąknął, spoglądając na mnie ponuro.

No dobra, może nie dałem mu za bardzo wyboru tego, czy chce ze mną rozmawiać czy nie, bo nawet jeśli by mnie nie wpuścił wiedziałby, że będę się dobijać, a najwidoczniej wolał rozmowę niż awanturę. Pewnie żałował, że w ogóle otworzył te drzwi, ale starałem się w tamtej chwili to ignorować i cieszyć się z kolejnej okazji rozmowy. Wszedłem za Lou do salonu, po czym zacząłem rozglądać się po pomieszczeniu, bo podczas mojej poprzedniej wizyty w ogóle nie zwróciłem na nie uwagi. Na ścianie wisiał plazmowy telewizor, naprzeciwko niego stał niewielki stolik i skórzana kanapa, pod którą położony był futrzany dywan. Parę regałów, wieża. Nie wyglądało to biednie, wręcz przeciwnie, więc David musiał być dziany, skoro miał na własność takie mieszkanie, w dodatku wcale w nim nie mieszkał, tylko prawdopodobnie na ogół wynajmował. Coraz mniej się nim przejmowałem, byłem pewien, że Louis nic do niego nie czuje, po prostu stara się wzbudzić we mnie zazdrość, poza tym, jest dla niego miły, bo w końcu to on zapewnia mu umiejscowienie tutaj. Wykorzystuje go, a ten idiota z pewnością ma nadzieję, że coś z tego będzie. Nie doceniłem Louisa, był sprytny.
Podniosłem i spojrzałem na swoją prawą dłoń. Była owinięta bandażem na palcach. Zanim wczoraj wyszedłem, Louis obandażował mi ją, po tym jak we wściekłości uderzałem pięścią w pozostałości po wazonie. Sam nie wiedziałem, co mnie wtedy opętało i żałowałem tego, bo nie było mi zbyt wygodnie z bandażem, miałem go zresztą zdjąć dziś rano, ale sam nie wiedziałem, dlaczego tego nie zrobiłem. Postanowiłem zrobić to w tamtej chwili, zacząłem go powoli odwijać. Louis cały czas przyglądał mi się w ciszy. Żadne z nas na razie nie miało odwagi się odezwać, choć ja powinienem to zrobić pierwszy, w końcu to ja chciałem z nim porozmawiać. Wrzuciłem bandaż do kosza, który stał przy wejściu. Na palcach było widocznie kilka zacięć, ale nie bolały już tak bardzo i nie krwawiły. Po części cieszyłem się, że to ja ucierpiałem, zamiast kogoś innego. Wiecie kogo mam na myśli.
Pomyślałem, że powinienem przerwać tę ciszę. Tak naprawdę nie wiedziałem co chcę mu powiedzieć, nigdy nie planowałem rozmów, bo uważałem, że to przynosi pecha, bo nigdy wszystko nie pójdzie po naszej myśli. Nie miałem pojęcia jakimi słowami mógłbym chociaż próbować przekonać go, żeby wrócił ze mną do Londynu. Miałem kompletną pustkę w głowie, więc ostatecznie nie powiedziałem nic, tylko podszedłem do niego bliżej, o wiele bliżej. Niewiele myśląc położyłem rękę na jego policzku, przez moment wyglądał, jakby chciał ją odsunąć, ale nie zrobił tego, więc zacząłem głaskać go kciukiem.

- Lou...Lou, kochanie, to nie musi się tak skończyć, wiesz? - zacząłem łagodnie. - Nie musi. Możemy być szczęśliwi, wiesz o tym, wiesz o tym doskonale, wszystko może być znowu idealne...
- Nie...nie może być tak znowu, bo tak nigdy nie było - szepnął, ciężko oddychając.

Ująłem jego twarz w dłonie. Udawał, że był silny, próbował być obojętny i oziębły gdy przyszedłem, ale ja wiedziałem, że on nie potrafił taki naprawdę być. Nie był taki jak ja. Był moim zupełnym przeciwieństwem. Dlatego czasami zastanawiałem się, jak to się stało, że mnie kochał. Normalne było, że ja zakochałem się w nim, on miał przecież w sobie tyle pozytywnych cech, był cholernym ideałem, tymczasem związał się ze mną, obojętnym skurwysynem, który z czasem przestał liczyć się z jego uczuciami. Potrafiłem być czuły, ale co z tego, skoro byłem obojętny na jego krzywdę przez tak długi czas. Nie zasługiwałem na niego ani trochę, ale nie byłem w stanie z niego zrezygnować. Wykorzystywałem jego brak umiejętności kompletnego niezważania na cudze uczucia. Nie przestawałem go głaskać, aż gwałtownie przysunąłem się do niego i lekko popchnąłem nas na ścianę. Zacząłem obdarowywać jego szyję pocałunkami, jeździć dłoniami po plecach, przytulać. Poczułem minimalny opór z jego strony, który za chwilę zniknął całkowicie. Spojrzałem w jego oczy, były napełnione łzami, nie rozumiałem dlaczego, bo nie robiłem mu krzywdy. Przetarłem je dłonią, kiedy spłynęły po zarumienionych policzkach, po czym ucałowałem usta, najpierw delikatnie, później namiętniej. Oddawał pocałunki, więc jego łzy były bezpodstawne, nie zmuszałem go do niczego. Nie miał oporu do tego, gdy zdjąłem mu koszulkę, wyssałem kilka malinek na jego podbrzuszu i szyi, sam zaczął ściągać moje ubrania i nawet po omacku zaprowadził nas do wielkiego łóżka w sypialni. Najwidoczniej nie przeszkadzało mu też, gdy go pieprzyłem. Chociaż, nie, kochaliśmy się, to zdecydowanie było kochanie się, nie zwykłe pieprzenie. Starałem się nie zrobić mu krzywdy, chyba w życiu nie byłem tak bardzo delikatny podczas seksu. Myślałem, że go odzyskuję...
...ale niestety pomyliłem się. No cóż, mogłem się tego spodziewać, to by było za proste, chociaż bardziej bym zrozumiał, gdyby odepchnął mnie kiedy tylko go dotknąłem, a nie zachował się tak, jak się zachował po tym, jak się kochaliśmy. Leżeliśmy chwilę po wszystkim, kiedy on nagle wyskoczył jak oparzony, zabrał swoje ubrania i zamknął się w łazience. Sam ubrałem się w sypialni, a potem dobijałem do łazienki, kiedy ten się nie odzywał. A kiedy w końcu wyszedł, kazał mi wypierdalać. Otworzył szeroko drzwi i w tej chwili kazał mi wyjść i więcej nie pokazywać się na oczy. Dlaczego? Bo to przemyślał. Moje słowa, przed tym wszystkim. Stwierdził, że nie możemy być szczęśliwi. A seks? To było pod wpływem chwili, to nic nie znaczyło. W ogóle, to był błąd. Według niego oczywiście.
Nic już nie rozumiałem. Hej, nie zostałem gejem po to, by znosić tego typu fochy...
__________________________
ważne! Jeżeli przeczytałaś ten rozdział - proszę, zostaw malutki komentarz. Chcę skończyć to opowiadanie, ale powolutku tracę motywację. Dajcie chociaż znać, że jesteście - to bardzo ważne :( 
przypominam o możliwości informowania o rozdziałach na twitterze.

1 komentarz:

  1. hej, hej!
    czekam na rozdział, świetne opowiadanie +dobry pomysł, podziwiam cię, masz talent :)

    OdpowiedzUsuń