Nie
znałem tego miasta jak własnej kieszeni, choć bywałem w nim kilka
razy. Mimo tego czułem się całkowicie zdezorientowany, kiedy
zaparkowałem na pierwszym lepszym miejscu prawdopodobnie gdzieś
blisko centrum. Derby było całkiem ładnym miastem, choć nie
różniło się niczym od innych. Kamienne i szklane wieżowce,
mnóstwo sklepów, szerokie ulice jak i te mniejsze, mniej oblegane
uliczki, na których czasami kręcili się podejrzani ludzie. Chyba
każde miasto miało swoją dziwną, różniącą się od reszty
miasta dzielnicę, w której można było spotkać naprawdę
nieciekawych typów, lub po prostu dostać w twarz. Wiedziałem na
pewno, że nie zamierzałem szukać w takich miejscach Louisa, bo on
sam też by nic w nich nie szukał. Znajdowałem się w takiej samej
sytuacji, kiedy błądziłem po Londynie, tylko wtedy dodatkowo nie
znałem zbytnio miasta. Początkowo czułem się naprawdę
zmotywowany, ale szybko zacząłem tracić entuzjazm i zacząłem
myśleć, że poniosły mnie emocje, że tak szybko zdecydowałem się
tutaj przyjechać, bez niczego, prócz pełnego baku i gotówki w
portfelu. Przeklinałem siebie, że nie wyciągnąłem od tego
bęcwała więcej informacji o tym, gdzie przebywał Louis. Zacząłem
iść przed siebie, jednak nie na tyle daleko, żeby się zgubić i
stracić z pola widzenia mój samochód. Kręciłem się po prostu
chwilę po ulicach, między ludźmi, rozglądając się, podświadomie
szukałem wśród nich Lou, choć wiedziałem, że to nie będzie
takie proste. W pobliżu zauważyłem tylko jakiś hotel, przeszło
mi przez myśl, iż mógłbym tam go znaleźć, ale były na to nikłe
szanse. Poza tym, myślałem, że prawdopodobnie i tak będę musiał
się tutaj zatrzymać, na tak długo jak byłoby trzeba, choć
wierzyłem, że nie zajmie mi długo zabranie Louisa ze sobą do
domu. Miałem zamiar wrócić z nim, lub wcale. Bez względu na to
jak bardzo musiałbym się wycierpieć w tym cholernym mieście.
Kręciłem
się jeszcze, raczej żeby trochę poznać chociaż okolicę. Zaczęło
się robić nieco chłodniej. Zanim udałem się do hotelu w celu
wynajęcia pokoju, bo gdzieś musiałem spędzić tamtą noc, bo nie
było już sensu szukać jeszcze tamtego dnia, wpadłem do jakiegoś
pobliskiego sklepu i kupiłem kilka rzeczy do garderoby, bo nie
wziąłem ze sobą niczego, wyruszyłem zbyt pochopnie i uświadomiłem
sobie, że trochę czasu tutaj spędzę za późno. Miałem zamiar
zacząć rozpocząć bardziej intensywne poszukiwania dopiero na
drugi dzień.
Łóżko
w hotelu może i było całkiem wygodne, ale i tak mało wtedy
spałem. Mój mózg za bardzo był zajęty analizowaniem wszystkiego,
żeby odpocząć i zasnąć. Marzyłem, żeby choć na chwilę o tym
zapomnieć, nie martwić się, że nie mam pojęcia gdzie jest mój
chłopak, który uciekł z mojej winy. Poza tym, nawet jeśli bym go
znalazł, nie wystarczyłoby, żebym wziął go za rączkę,
zaprowadził do samochodu i zawiózł do domu, zdawałem sobie
sprawę, że to będzie o wiele trudniejsze. Zwłaszcza, że nie
mogłem używać siły. Za bardzo się przyzwyczaiłem do tego, że
siła wszystko załatwia. Musiałem się tego oduczyć, jeśli
naprawdę chciałem go odzyskać. A oczywiste było, że chciałem.
Martwiło mnie też, że ten cały David mógł mnie oszukać, żebym
tylko się odczepił, Louis mógł tak naprawdę nie być w Derby.
Przy takim obrocie spraw gorzko by tego pożałował. Sam fakt
dużego, słabo znanego mi miasta był dla mnie ciążący.
Postanowiłem jednak nie zadręczać się takimi myślami, chciałem
skupić się na szukaniu pieprzonej igły w stogu siana.
Przez
całe 2 dni, praktycznie bez przerwy, przeszukiwałem miasto, głównie
w hotelach, ale nie tylko, również w wielu publicznych miejscach.
Gdyby Louis tam był, musiałby chyba nie wychodzić z mieszkania,
albo miałem naprawdę kiepskie poczucie czasu. Niby to były tylko 2
dni, ale jak na przeszukiwanie miasta przez cały dzień, naprawdę
mnie to męczyło. Zacząłem tracić nadzieję, zresztą nic
dziwnego, szybko ją tracę. Chciałem się zastanowić, ile jeszcze
tu zostać, czy wrócić jutro do Londynu i spróbować znowu znaleźć
tego typka, który mnie tutaj nakierował. Nie byłem wtedy pewny co
do niczego i poczułem się osamotniony. Ale sam sobie byłem winien,
prawda? To ja wszystko zepsułem, więc to właśnie ja musiałem
wszystko naprawić i cierpieć za to. Miałem nadzieję, że Louis
już nie cierpiał. Nie powinien tego robić za mnie. Chciałem wziąć
wszystko na siebie.
Po
południu, kiedy byłem w innej części miasta, jednak niedaleko od
mojego hotelu, zastanawiałem się po prostu, co dalej robić.
Oparłem się o samochód i zapaliłem papierosa, nie tracąc z oczu
przechodzących ludzi. Przez ten krótki czas zdążyłem wyrobić
sobie taki nawyk, ciągła obserwacja otoczenia. Mógłbym być
detektywem, przysięgam.
Wpatrywałem
się chwilę w ziemię, kiedy chowałem paczkę papierosów do
kieszeni. Kiedy podniosłem głowę, zauważyłem, że ktoś zniknął
za rogiem. Widziałem tę osobę dosłownie przez ułamek sekundy i
nie byłem pewien kto to, ale w jednej chwili ruszyłem przed siebie,
idąc w stronę, w którą ten ktoś skręcił. Jak tylko zobaczyłem
te cholerne, roztrzepane, brązowe włosy, tyłek i sposób
chodzenia, nie miałem wątpliwości, że to był Louis. Nie mogłem
go znaleźć przez dwa intensywne dni, a on tak po prostu przeszedł
teraz niedaleko mnie, kiedy paliłem fajkę. Nie wiedziałem, czy to
był niesamowity fart, czy pech. Chciałem do niego podbiec, ale
zdecydowałem, że to zbyt pochopny ruch, wystraszy się.
Zdecydowałem, że pójdę za nim i wreszcie ustalę, gdzie się
zatrzymał. To było trudne, żeby go nie zgubić i zostać
niezauważonym, bo droga była dość prosta, poza tym musiałem się
powstrzymać też, żeby go nie zaciągnąć do samochodu. Byłem na
niego taki zły, a jednocześnie tak bardzo chciałem go przytulić.
Czułem się naprawdę rozdarty.
Stanął
przy jakimś domku, nie był zbyt duży, ale też nie mały,
przynajmniej taki się wydawał z zewnątrz. Kiedy tam wszedł,
zauważyłem, że w środku był ktoś jeszcze. Poczekałem jeszcze
chwilę, aż zobaczyłem przez okno, jak Louis się do kogoś tuli.
Nie mogłem zobaczyć do kogo, widziałem tylko czyjeś ręce
oplecione wokół jego pleców. Nie mogłem znieść tego widoku, w
jednej chwili, z euforii, że znalazłem Louisa, przeszedłem w
zazdrość i złość. Niewiele myśląc, podszedłem do drzwi,
szarpnąłem klamkę - było otwarte. Wparowałem do środka, jak
kompletny wariat, skręciłem do pokoju z otwartymi drzwiami, w
którym widziałem Lou. I do kogo się tak kleił? Do Davida.
Myślałem, że oszaleję w tamtej chwili. Mógł się pocieszać
każdym, naprawdę, zniósłbym, że pociesza się nawet jakąś
męską dziwką, ale nie, że z tym debilem. To był tak żałosny
widok, że miałem ochotę zwymiotować. Poza tym, przecież on
pewnie dawno doniósł Lou, że mi wypaplał, gdzie jest, skoro
widocznie sobie razem pomieszkują. Może jeszcze specjalnie nasłał
Louisa, żebym za nim polazł i był zazdrosny? Szczerze mówiąc,
nie zdziwiłbym się, gdyby oboje chcieli zemsty w ten sposób. Ale
ja nie chciałem okazywać, że jestem wyprowadzony z równowagi.
Pewnie nawet się nie pieprzyli, bo ten frajer jest na to zbyt
delikatny. Louis pewnie po prostu potrzebował idioty, który zapewni
mu mieszkanie na ucieczkę, chcąc w zamian tylko jego miłości,
którą i tak nie był darzony. Przecież Louis dalej mnie kochał.
Kiedy
obaj zorientowali się, że wszedłem, a zrobili to od razu, odsunęli
się powoli od siebie. Louis nie wyglądał na szczęśliwego, za to
ten dupek uśmiechał się od ucha do ucha. To było żenujące.
- Co
ty...tu robisz? - zapytał, udając zaskoczenie.
- Nie
rób ze mnie idioty, twój przyjaciel pewnie już ci wygadał, że
cię szukam i regularnie dawał cynki gdzie jestem, co? Nie wyszło
wam, nie mam zamiaru być zazdrosny o kogoś tak niskiego poziomu -
powiedziałem głośno, lecz cały czas starałem się opanować,
żeby nie krzyczeć.
-
David, idź na razie, proszę...chcę pogadać z Harrym sam -
zadecydował Louis.
Trochę
mnie zdziwiło, że się nim nie zasłania, tylko chce pogadać ze
mną sam na sam, ale mi to odpowiadało, wręcz marzyłem o tym od
ostatnich paru dni. Kiedy już zostaliśmy sami, podszedłem bardzo
powoli do Lou.
- Nie
boję się już Ciebie, Harry - szepnął, wpatrując się w moje
oczy szklanym wzrokiem.
- To
dobrze, bo nie mam zamiaru Ci zrobić krzywdy... - powiedziałem,
przejeżdżając ręką po jego policzku.
Ani
drgnął. Jedynie przełknął głośno ślinę, nie przestając
obserwując każdego mojego ruchu.
- Wróć
ze mną. Wróć ze mną, Louis. Kochasz mnie i się mnie nie boisz,
co stoi nam na przeszkodzie? - zapytałem, zsuwając rękę na jego
szyję.
- Nie.
Nie boję się, ale i tak nie wierzę, że już mnie nigdy nie
skrzywdzisz. Kiedy tylko bym wrócił, wszystko zaczęłoby się od
nowa. Sam to wiesz, prawda? - spytał, odsuwając moją dłoń.
Nie
wiedziałem, co mam zrobić, co powiedzieć. Emocje rozrywały mnie
od środka, ale starałem się tego nie ukazywać. Nie mogłem mu
tego znowu zrobić. Obiecałem sobie, że już nigdy go nie uderzę,
właśnie w tamtej chwili.
-
Czyli...to już koniec? Na zawsze? Mam teraz wrócić do domu sam?
Tak po prostu mi na to pozwolisz? - zadawałem mu w pośpiechu
pytania, na które i nie oczekiwałem odpowiedzi. Bo wiedziałem,
jaka będzie.
- Tak.
Inaczej się nie da - odpowiedział, w sposób, jakiego najbardziej
się bałem.
Miałem
wtedy wyjść, dać za wygraną Lou i Davidowi, zabrać swoje rzeczy
z hotelu, wsiąść do samochodu, wrócić do domu, który przez
długi czas był naszym wspólnym, olać wszystko, zapomnieć, po
prostu żyć dalej z największym poczuciem winy na świecie.
Czy to
zrobiłem? Nawet w najśmielszych snach bym nie pomyślał, że
mógłbym to zrobić. Musiałbym być kompletnie zadufanym w sobie,
nieliczącym się z innymi dupkiem...którym zresztą byłem jeszcze
niedawno.
Po
prostu dałem upust temu wszystkiemu, co trzymałem w sobie, odkąd
tylko wszedłem do środka. Nie, nie na Louisie. W zasadzie to na
samym sobie. Wycofałem się wolno do tyłu, a potem szybko złapałem
za szklany wazon, który stał na stole. Roztrzaskałem go o podłogę,
huk był głośny, a Louis przywarł do ściany.
- Masz
rację! Nie zasługuję na nic! - krzyknąłem, kopiąc odłamki
szkła. - Tym bardziej na Ciebie. Co ja w ogóle sobie myślałem? -
zacząłem krzyczeć przez łzy.
Louis
dalej się nie ruszał. Upadłem na kolana i zacząłem uderzać
pięścią szklane odłamki. Pokaleczyłem sobie dłoń, ale nie
zwracałem wtedy na to uwagi, chciałem wyładować po prostu złość,
ból, nawet ciężko było mi dokładniej zdefiniować, co czułem,
bo było tego tak dużo, że rozrywało mnie to od środka.
Trzasnąłem w podłogę jeszcze kilka razy, aż poczułem, że nie
mogę upuścić ręki po raz kolejny. Louis mocno zacisnął swoją
dłoń wokół mojego nadgarstka.
-
Przestań. Przestań, nie krzywdź się... - rzekł, odsuwając butem
resztę szkła.
Podniosłem
głowę i spojrzałem na swoją rękę. Była pokaleczona i
okrwawiona, ale nie czułem bólu, nie robiłem też tego celowo,
wszystko zrobiłem z impulsu - nie mogłem skrzywdzić Louisa, więc
jakoś skrzywdziłem siebie. Ale najgorsze było to, że Louis mnie
powstrzymał. Chciałem, żeby powiedział, że mnie nienawidzi,
kazał mi wyjść i jeszcze wkurwić się za stłuczony wazon. Biłem
go jak psa przez tyle czasu, a teraz on karze mi się nie
krzywdzić? On był jakimś
pieprzonym aniołem, a moje poczucie winy sięgnęło wysokości
nieba.
___________________________________
Wiem, że nie było rozdziału prawie miesiąc, jestem słaba w byciu systematyczną, ale wena opuściła mnie naprawdę doszczętnie i przez tydzień nie mogłam tknąć tego rozdziału, ale jakoś się udało.
W każdym bądź razie mam nadzieję, że mimo tego ktoś jeszcze to czyta. :)
___________________________________
Wiem, że nie było rozdziału prawie miesiąc, jestem słaba w byciu systematyczną, ale wena opuściła mnie naprawdę doszczętnie i przez tydzień nie mogłam tknąć tego rozdziału, ale jakoś się udało.
W każdym bądź razie mam nadzieję, że mimo tego ktoś jeszcze to czyta. :)
trafiłam na twoje opowiadanie niedawno, ale jest świetne
OdpowiedzUsuńczekam na rozdział skarbie