.

.

niedziela, 14 grudnia 2014

Część 2 - A little party never killed nobody.

Biała. A może kremowa? Nie miałem pewności co do tego, ale była po prostu ładna. Wcześniej nie zwróciłem na to uwagi. Kolor farby w naszej w sypialni był naprawdę bardzo ładny.

Wpadłem na tę złotą myśl wlepiając wzrok w ścianę. Siedziałem, opierałem się o dłonie i gapiłem się na nią. Wbrew pozorom to nie było takie złe zajęcie. Wszystko było lepsze niż przebywanie piętro niżej, gdzie „impreza” trwała w najlepsze. Gorszej chyba nie widziałem.
Ludzie kręcili się po domu, oglądali z każdej strony meble i ozdoby, jakby byli w jakimś muzeum. Miałem wrażenie, że automatycznie wyliczali w głowie, ile co jest warte. Może i to robili, żeby móc potem ponarzekać, że ich szef ma to i tamto, a podwyżek im nie da. Alkoholu tak po prostu nie pili - degustowali go, jak koneserzy. Zanim usiedli gdziekolwiek, ze trzy razy oglądali to miejsce. Na jedzenie na szczęście nie narzekali i zachowywali się - jak na nich - normalnie, jedząc je. Jakby było inaczej, chyba bym oszalał. Choć i tak byłem temu bliski. Louis potrafił idealnie wpasować się w to towarzystwo, znał ten świat, po części do niego należał. Ale tylko, gdy elegancko się ubrał, uszykował, potrafił kompletnie zmienić swój charakter po zmianie stroju, jak i otoczenia. Podziwiałem go za to, mimo że „ten drugi” Louis był niesamowicie irytujący. To było trochę dziwne, jakby miał rozdwojenie jaźni, albo coś w tym stylu. Lecz to nie było to, po prostu opanował zachowywanie się adekwatnie się do sytuacji perfekcyjnie. Ja nie posiadałem tej umiejętności, właśnie dlatego po oficjalnej części i po wypiciu kilku mocniejszych, schowałem się w sypialni i gapiłem na tę nieszczęsną ścianę.
Postanowiłem trochę się orzeźwić, więc udałem się do łazienki. Na całe szczęście były dwie, na górze i na dole; więc nie musiałem martwić się, że ktoś będzie się tam kręcił. Chyba, że jakiś ciekawski gość, który miałby wielką potrzebę obejrzenia całego domu, ale rzecz jasna nie pozwoliłbym mu na to. Ochlapałem twarz zimną wodą, co pomogło mi tylko na chwilę odpędzić nużące zmęczenie. Zauważyłem jednak, że w kubku obok lustra leżą dwie szczoteczki. Nie było w tym nic dziwnego, lecz Louis bardzo starannie usuwał z domu ślady, które mogły świadczyć o tym, że mieszka tu ktoś jeszcze. Co prawda nikt miał nie wchodzić na górę, ale pomyślałem, że dla bezpieczeństwa powinien był jednak schować nawet rzeczy z tej łazienki. Skoro nawet on, który był przewrażliwiony tego nie zrobił, stwierdziłem, że ja też nie miałem powodu, aby to robić.
Usiadłem znowu na łóżku, a kiedy zacząłem myśleć, żeby jeszcze raz zejść na dół i zobaczyć, co się tam dzieje, do pokoju wszedł Louis. Uśmiechnął się do mnie krzywo, usadowił się obok i pogłaskał mnie po plecach.
- Wszystko dobrze? - zapytał po chwili ciszy.
- Jasne - odparłem. - Prócz tego, że tabun snobów zagląda nam do prawie każdego zakamarka domu, to jest świetnie.
- Już niedługo zaczną się zbierać, snoby nie lubią zbyt długo u kogoś siedzieć - powiedział, zmierzając już w stronę drzwi.
I tyle go widziałem. Ale w sumie nic dziwnego, gospodarz musiał w końcu panować nad tym, co się działo tam na dole, podczas gdy ja się chowałem. Przynajmniej zorientował się, że sobie poszedłem. Miło.
Głośno odetchnąłem i ciężko wstałem. W wejściu do sypialni wpadłem na kogoś, nie był to jednak Lou, tylko dziewczyna. Półmrok panujący w pokoju sprawił, że dopiero po paru sekundach zorientowałem się, że była to Eleanor.
 - Och, przepraszam - szepnęła. - Szukałam toalety i trochę zabłądziłam.
- Nic się nie stało - odpowiedziałem, wychodząc razem z nią z pomieszczenia. - Toaleta jest tutaj.
- Dziękuję - rzuciła i udała się do drzwi naprzeciwko, które jej wskazałem.
Zacząłem myśleć o drugiej szczoteczce dopiero po chwili, ale zbyłem to i stwierdziłem, że nie zwróci uwagi na ten szczegół. A nawet jeśli, przecież nie pomyśli, że jesteśmy parą, nic przecież na to nie wskazywało. O ile grałem tak dobrze, jak mi się wydawało.
Zszedłem piętro niżej. Znów poczułem jedzenie i alkohol, przez co poczułem się głodny jak i spragniony. Było tam o wiele bardziej duszno, niż na górze, więc otworzyłem okna, wpuszczając trochę świeżego powietrza. Tłum był mniejszy niż na początku i z czasem coraz bardziej się przerzedzał. Louis co rusz kogoś żegnał. Zacząłem chodzić i kalkulować, prawie jak oni, tyle, że ja liczyłem, jak długo będę musiał sprzątać ten syf. Wypiłem jeszcze jednego drinka, bo zaczęło mi być już obojętnie. Pijany nie byłem, ale najtrzeźwiejszy też nie. Eleanor zeszła z góry, wyglądała na trochę zagubioną. Nie znała tu prawie nikogo, zresztą tak jak i ja, ale ona ukryć się nie mogła. Było mi jej nieco szkoda. Pomyślałem, czy by z nią nie pogadać, ale podszedł do niej Louis, więc zrezygnowałem.
Tak się cieszyłem, że ci ludzie już niedługo opuszczą nasz dom, że poczułem się okropnie zirytowany, gdy podszedł do mnie jeden z gości. Opróżniłem szklankę do dna i postawiłem z hukiem na stole. Gość dziwnie na mnie spojrzał, ale mimo tego, nie zaniechał swoich planów rozmowy ze mną. A szkoda.
Jego koszula była obleśnie opięta, bo jego brzuch był zdecydowanie za duży do rozmiaru ubrania. Poprawił marynarkę, przeczesał ręką łysinę i odchrząknął.
- Dobry wieczór - powiedział donośnym głosem.
Byłem naprawdę wkurzony, bo chciałem tylko, żeby ci wszyscy ludzie stąd wyszli, żebym mógł iść spać bez obawy, że ktoś mi wlezie do sypialni.
- Świetna impreza, nieprawdaż? - kontynuował, próbując nieudolnie zachęcić mnie do rozmowy. - Jestem...
Miałem wielką ochotę zignorować go i po prostu odejść. I żałowałem, że tego nie zrobiłem, bo to by było o niebo lepsze od tego, czego dokonałem naprawdę.
- Nie oszukujmy się, mam głęboko w dupie kim jesteś - przerwałem mu i dopiero wtedy odszedłem.

Gdyby Louis to usłyszał zabiłby mnie, a moje zwłoki zakopał na zachodnim wybrzeżu Alabamy. Był jednak na drugim końcu pokoju więc nie miał prawa tego słyszeć. Nie ratowało to jednak mojego położenia, bo wiedziałem, że prędzej czy później ktoś mu się poskarży. Byłem zdecydowanie za mało trzeźwy, aby myśleć o konsekwencjach, albo chociaż zachować się w miarę grzecznie. Choć po cichu cieszyłem się, że powiedziałem to, co myślę, zbyt długo już fałszywie uśmiechałem się do każdego. Wiedziałem jednak, że jest o wiele więcej minusów niż plusów mojego zachowania. Rozejrzałem się jeszcze raz po salonie; gość, z którym rozmawiałem zniknął mi z pola widzenia, mimo że jeszcze przed chwilą stał jak wryty. Nie szukałem go, bo nie był mi potrzebny do szczęścia, wolałem nie spotkać go już nigdy. Starannie uniknąłem spotkania z rozmawiającymi Louisem i Eleanor, którzy mogliby „wspaniałomyślnie” chcieć wciągnąć mnie do rozmowy, po prostu poszedłem spać.

Dopiero na drugi dzień, rano, przypomniałem sobie co się stało i zacząłem nad tym rozmyślać. Przerażał mnie również fakt, że obudziłem się w łóżku sam. Nie miałem pojęcia, czy Louis spał w nocy ze mną, czy nie, bo zasnąłem od razu, nie budziłem się w nocy i nic nie czułem. Bolała mnie też głowa, ale to było do przewidzenia. Zastanawiałem się, czy Louis coś wiedział, ale żeby się o tym przekonać musiałem wstać, co zrobiłem z ogromną niechęcią. Nie uśmiechała mi się wizja zirytowanego Louisa, oraz całego syfu, który z pewnością został po wczorajszym.
Na dole nie zastałem ani tego, ani tego. Wszystko było czyste, pachnące i poukładane. Przy kanapie stał tylko worek z pustymi butelkami, a na kanapie leżało parę ubrań. Wszedłem głębiej, aż przy wejściu do kuchni zauważyłem Lou, który związywał worek ze śmieciami. Kiedy mnie zobaczył, uśmiechnął się szeroko.
- O, już wstałeś, śpiąca królewno - zaszczebiotał, składając na moim policzku pocałunek. - Jak się spało? Boli cię głowa?
- Tak...znaczy, dobrze spałem, i trochę boli mnie głowa - odpowiedziałem kompletnie zdezorientowany. - Ty to wszystko posprzątałeś?
- Oczywiście. Przecież nie mogłem pozwolić, żebyś jeszcze to sprzątał, i tak się napracowałeś - rzekł z troską. - Tak bardzo ci dziękuję, że się zgodziłeś na to, co się wczoraj tu działo, naprawdę.
Wywnioskowałem z tego wszystkiego, że nic nie wiedział o moim chamskim incydencie. Choć zadziwiło mnie trochę to, jak bardzo milutki był Louis. Nie żeby mi to przeszkadzało, ale jednak coś mi w tym nie pasowało. Był kochany, ale czułem się dziwnie, kiedy był taki dla mnie. Męczyło mnie trochę poczucie winy. Postanowiłem powiedzieć Lou, co wczoraj powiedziałem, zanim ktoś inny by mu to powiedział. Cóż, najwyżej skończę na Alabamie.
- Lou, bo wiesz, wczoraj nie zachowywałem się tak, jakbyś chciał - zacząłem.
- Wiem, Harry, wiem. Nie sądziłem, że tak szybko i łatwo wzbudzę w tobie poczucie winy - odparł ze śmiechem. - Ale nie mam ci tego za złe, czasami sam mam ochotę powiedzieć to niektórym z nich. Pieprzyć ich. Nigdy więcej ich nie zaproszę do domu, nie powinienem był cię do tego zmuszać.
Miałem najlepszego pod Słońcem, czy może najlepszego na całym świecie chłopaka? W każdym bądź razie, kamień spadł mi z serca. Zażyłem tabletkę na ból głowy i jedyne o czym marzyłem, to rozłożyć się na kanapie. Zebrałem więc ubrania, które na niej leżały. Wśród nich była koszula i marynarka Lou, ale także damski żakiet. Pewnie ktoś z gości o nim zapomniał. Postanowiłem przypomnieć o tym Louisowi później, bo mimo głębokiego snu, byłem wtedy cholernie zmęczony. Fizycznie, jak i psychicznie.

2 komentarze:

  1. TEN ŻAKIET!
    to mi daje do myslenia mater!
    idk co mam napisac
    elka mnie wkurwia ale to juz wiesz xd
    ew zobaczymy co dalej uw czekam!

    @kika1613

    OdpowiedzUsuń
  2. plis...tylko nie louis z elka :(( bede plakac! a rozdział napisany świetnie❤ / nats @larrysmelody

    OdpowiedzUsuń