Chłodny,
poranny wiatr wdarł się przez okno, mieszając się z ciepłym
powietrzem, jakie unosiło się w pokoju. Słońce zaczęło
przebijać się przez szyby, rozjaśniając pomieszczenie. No, a
przynajmniej wydawało mi się, że to właśnie widziałem przez
zlepione snem oczy. Przetarłem je leniwie i głośno ziewnąłem,
ale oczywiście nie na tyle, aby obudzić skulonego obok, wtulonego w
kołdrę w Louisa. Lekko dygotał, a na jego ramionach pojawiła się
gęsia skórka. Nasunąłem mu kołdrę po samą szyję i położyłem
na niej koc. Zamknąłem też okno, przez które wdzierał się
nieprzyjemny chłód. Chciałem, aby chociaż przez te ostatnie
kilkanaście minut jego snu było mu ciepło.
Zawsze
wstawałem wcześniej. Nie ustawiałem sobie nawet alarmu, codziennie
budziłem się prawie o tej samej godzinie, różnice były jedynie
kilkuminutowe. Jako ranny ptaszek przyzwyczaiłem się już do tego.
Louis miał ustawione co najmniej dwa budziki, a czasem nawet one nie
pomagały, żeby go zbudzić, wtedy ja musiałem mu w tym pomóc. W
końcu nie powinien spóźnić się do pracy, mimo że był swoim
własnym szefem. Jaki przykład dawałby swoim pracownikom?
Prowadził
własny interes, zresztą całkiem spory, jakim była agencja
reklamowa. Ogromny budynek, mnóstwo pracowników na jego usługi,
dobre dochody. To wszystko brzmiało świetnie, ale ogarnięcie tego
codziennie pochłaniało większość jego czasu. Siedział w swoim
cholernym biurze do wieczora. Nawet jeśli zdarzyło się, że
wychodził wcześniej, pracował do późna w domu. Zazwyczaj
wypełniał mnóstwo ponoć ważnych papierów. Szczerze mówiąc,
nie znałem się na tym. Ciągle słyszałem tylko o papierkowej
robocie, projektach i innych takich. Nie obwiniałem go oczywiście o
nic, bo sam nie pracowałem. Mieliśmy po prostu pewien podział
obowiązków, on pracował, ja dbałem o dom. Trochę jak w starym
małżeństwie, ale nie, nie byliśmy nim.
Poranki
były rutyną, ale mimo tego, lubiłem je. To były jedne z tych
kilku chwil w ciągu dnia, które spędzaliśmy razem.
Przygotowywałem nam obu śniadanie, choć czasami przez uwielbienie
Louisa do snu, nie jadł go i w pośpiechu wychodził. Codziennie
robiłem mu też drugie śniadanie, które teoretycznie powinien brać
ze sobą, ale bardzo rzadko zdarzało się, aby go nie zapomniał.
Przysięgam, choćbym mu przypomniał pięć minut przed wyjściem,
aby je wziął, i tak by tego nie zrobił, gdybym nie wcisnął mu go
w ręce. Przez to byłem dosyć częstym gościem w jego biurze. Niby
tylko wpadałem wręczyć mu śniadanie, ale po cichu cieszyłem się,
że mogłem tę chwilę z nim pobyć, odrobinę odciągnąć go od
tej całej żmudnej roboty. To była jedyna pozytywna sprawa, bo cała
ta jego firma i ludzie w niej pracujący wydawali mi się okropnie
sztywni, jakby mieli kij, wiadomo gdzie.
Nikt
też nie wiedział, że Louis i ja jesteśmy parą. Twierdził, że
najlepiej by było, żeby nikt nie posiadał takich informacji, bo to
mogło mu zrujnować opinię, i takie tam. Nie powiem, że byłem
zadowolony, kiedy mi o tym powiedział, ale ostatecznie musiałem to
zaakceptować. Nie zmieniło to mojego zdania, że to, co robił było
głupotą. Na szczęście nie było żadnych problemów z moimi
częstymi wizytami w jego biurze. Nikt nie zwracał na mnie
szczególnej uwagi, a w sytuacjach, gdy ktoś dziwnie na mnie patrzył
lub pytał, czy tam pracuję, byłem przedstawiany jako przyjaciel.
Nie podobało mi się to, ale zrobić mogłem tyle co nic.
W
każdym bądź razie, tamtego pięknego dnia, jak zwykle musiałem
iść do biura mojej miłości. To znaczy, nie musiałem, ale jak już
wspominałem, lubiłem to robić. Dlatego też pewien czas od wyjściu
Louisa, sam stanąłem przed drzwiami budynku jego pracy. Na dworze w
dalszym ciągu było dość zimno, więc kiedy tylko wszedłem,
uderzyło we mnie przyjemne ciepło. Parter nie tętnił życiem,
zauważyłem zaledwie kilka osób, do których w dodatku należał
ochroniarz i sprzątaczka. Nie miałem ochoty wdrapywać się po
schodach na najwyższe piętro, ale również nie przepadałem za
przebywaniem w windzie z tabunem ludzi. Mimo wszystko wybrałem
windę, lenistwo wygrało; wybór jednak okazał się dobry, bo było
w niej kompletnie pusto. To dosyć rzadko spotykany widok, ale nie
narzekałem. Poprawiło mi to odrobinę humor. Nie, żeby mój humor
był wtedy zły, ale...no, po prostu ucieszyło mnie to.
Kiedy
znalazłem się już przy drzwiach od biura, niewiele myśląc
wprosiłem się do środka bez pukania. Miałem cichą nadzieję, że
Louis był akurat sam. Łatwo się było domyślić, że wcale nie
był. Stał przy biurku i nachylał się nad segregatorem,
wyjaśniając coś kobiecie, która z uwagą go słuchała. Na dźwięk
otwieranych drzwi oboje gwałtownie się obrócili, a ja rzuciłem
szybkie „przepraszam” i zacząłem się wycofywać.
-
Spokojnie, wejdź - odezwał się nagle Louis, wręczając kobiecie
plik dokumentów.
Ścisnęła
papiery w dłoniach i spojrzała na mnie z niemrawym uśmiechem. Nie
widziałem jej wcześniej.
-
To mój przyjaciel, Harry, pomaga mi w interesach. Harry, to Eleanor,
moja nowa sekretarka. Poprzednia zrezygnowała i na szczęście
szybko znalazłem kogoś na jej miejsce - wyjaśnił.
Jak
na dżentelmena przystało, ucałowałem dłoń nowo poznanej
dziewczyny. Już było oczywiste, czemu nie spotkałem jej w tym
budynku nigdy wcześniej. Wydawała się być jednak inna, niż ta
cała reszta bufonów, których tam widywałem. Była o wiele
skromniejsza i młodsza. Bardzo szczupła, dosyć wysoka, o
delikatnej urodzie.
-
To wszystko, możesz już iść - powiedział grzecznie, otwierając
Eleanor drzwi.
Dziewczyna
obdarzyła nas obu nieśmiałym uśmiechem i wyszła. Zdawało się,
że była sympatyczna. Choć pozory czasami mylą, byłoby nie fair,
gdybym ją źle ocenił.
Położyłem
na biurku pudełko z jedzeniem, karcąc Louisa za to, że znowu go
zapomniał.
-
Och, tak, wybacz. Mam tyle na głowie... - wytłumaczył się,
podchodząc do szafki i chowając segregator.
-
A więc od teraz pomagam Ci w interesach, tak? - zapytałem
złośliwie.
-
Pomyślałem, że to brzmi wiarygodniej - stwierdził.
Naprawdę
się starałem, żeby na mojej twarzy nie pojawił się grymas, ale
chyba mi się nie udało. Louis spojrzał na mnie i podszedł,
obejmując mnie w pasie.
-
Nie bądź zły, wiesz, o co mi chodziło, nie mogę teraz tak po
prostu... - znów zaczął się tłumaczyć. Znałem tę gadkę.
-
Tak, wiem, Lou, nikt nie może wiedzieć, rozumiem to - zgodziłem
się, aby mieć spokój.
-
Kocham Cię - uśmiechnął się szeroko, a wokół jego oczu
pojawiły się zmarszczki.
Zbliżyłem
się i złożyłem na jego ustach pocałunek, najpierw, jeden drugi,
potem trzeci...w końcu on lekko się odsunął.
-
Muszę już wracać do pracy, ale obiecuję, że wrócę dziś
wcześniej - zapewnił mnie.
Przytaknąłem,
a Louis usiadł przy biurku, zajmując się swoją pracą. Chwilę
tak jeszcze stałem, ale kiedy ktoś zapukał, wiedziałem, że czas
na mnie. Wychodząc wpuściłem do środka osobę, która stała
przed drzwiami, a była nią znów Eleanor. Cóż, była nowicjuszką,
może miała jakiś problem, że ponownie potrzebowała czegoś od
Louisa. Nie zastanawiałem się nad tym dłużej i wróciłem do
domu.
Tak
naprawdę to wątpiłem w jego obietnicę. Zdarzało się już, że
tak mówił, a ostatecznie dzwonił i przepraszał, że jednak nie da
rady wyjść wcześniej. Dlatego byłem zdziwiony, kiedy faktycznie
po południu mogłem cieszyć się już obecnością „domowego”
Lou. W dodatku po zjedzeniu obiadu, nie wyjął milionów papierów
ze swojej teczki i nie zaczął ich wypełniać, robiąc sobie domowe
biuro. Zamiast tego leżał z głową na moich kolanach i oglądał
razem ze mną telewizję; choć oboje mało skupialiśmy się na tym,
co w niej leciało. Bawiłem się jego włosami, składając od czasu
do czasu pocałunki na jego twarzy. Żałowałem, że nie możemy tak
częściej. Zastanawiałem się trochę nawet nad powodem, dla
którego Louis tak krótko dziś pracował. Nie dało się ukryć, że
był pracoholikiem. Lecz nie miałem powodu, by narzekać, więc nie
pytałem. Wolałem nie wspominać nic o pracy, bo jeszcze nagle
przypomniałby sobie, że jednak musi coś zrobić.
Po
jakimś czasie podniósł się z moich kolan i wpatrywał się we
mnie chwilę.
-
Harry, mam do Ciebie wielką prośbę - rzekł, spoglądając mi w
oczy.
Oho,
chciał czegoś. Możliwe, że to było powodem, dla którego był
taki grzeczny. Patrzyłem na niego w oczekiwaniu, aż powie mi, o co
mu chodziło.
-
No, bo wiesz, niedługo, to znaczy na początku następnego tygodnia,
jest druga rocznica firmy... - zaczął mówić, usiłując zrobić
słodką minkę. - Pomyślałem, że dobrze by było, gdybym imprezę
z jej okazji zrobił tutaj, u nas w domu...no i, zgodzisz się?
Po
paru sekundach dopiero dotarło do mnie wtedy, o co mnie prosił.
Chyba sobie jaja robił. Z własnej, nieprzymuszonej woli, miałem
pozwolić, aby ta banda snobów kręciła się po naszym domu, piła
alkohol z naszych kieliszków, jadła z naszych talerzy, siadała
swoimi pozerskimi tyłkami na naszej kanapie? Nie było takiej opcji.
W ogóle fakt, że Louis mnie o to zapytał, był zadziwiający, bo
to oznaczało, że miał cichą nadzieję, iż się zgodzę. Biedny,
mały, naiwny chłopczyk.
-
Nie ma mowy - odpowiedziałem, starając się brzmieć stanowczo. -
Nie, nie, nie. Nigdy w życiu. Rozumiesz? Nigdy.
W
całym pomieszczeniu unosił się zapach jadła, alkoholu i
cytrynowych środków czystości, którymi wypolerowany był każdy
mebel. Dwa stoły były ze sobą zestawione tak, że tworzyły jeden
wielki, zastawiony talerzami, serwetkami, sztućcami, szklankami i
dzbankami. Dźwięk muzyki z radia, grającego w kuchni, komponował
się z tykającym piekarnikiem.
Tak,
wszystko było gotowe na nadejście tabunu bufonów do naszego domu.
Po raz setny zaklinałem się w duchu, że się na to zgodziłem.
Wciąż się zastanawiałem, jakim cudem, ale szybko przypominałem
sobie metody przekonywania Louisa. Oczywiście na moją odmowę
zaczął od ciągłego powtarzania „proszę”, wyrazów miłości
i uwielbienia, a resztę sposobów owieję nutką tajemnicy,
pozostawiając je dla siebie.
W
tamtym momencie żałowałem, że tak się dałem. Cała stanowczość
i odmowa poszła w cholerę. Zmiękłem. I za karę przez pół dnia
gotowałem, żeby wyżywić tych buców oraz czyściłem każdy kąt
mieszkania. Pocieszał mnie fakt, że przynajmniej mogłem w każdej
chwili niezauważalnie ukryć się w sypialni na górze i przeczekać
tam resztę imprezy po jej oficjalnej części. Podszedłem do
lustra, które wisiało na ścianie w salonie i przeglądając się w
nim, poprawiłem krawat. Och, oczywiście musiałem jeszcze wbijać
się w garnitur. Poczułem na sobie ręce oplatające moje biodra,
nawet bez patrzenia w lustro pewne było, że to dłonie Louisa.
-
Tak się cieszę, że się zgodziłeś - wyszeptał, składając
pocałunek na moim policzku.
-
Nie odzywaj się, dobrze wiesz, że nadal jestem przeciw temu
wszystkiemu. Po prostu grałeś nieczysto - burknąłem.
-
Wszystko będzie dobrze, promyczku, zobaczysz, że wszyscy rozejdą
się do domów, zanim się obejrzysz. Ale pamiętasz, kim masz dla
mnie być, kiedy tylko pojawią się goście? - upewnił się.
-
Jakże mógłbym zapomnieć, szanowny kolego od interesów -
wymamrotałem i odsunąłem się od niego.
Pytał
mnie już chyba ze trzy razy, czy o tym pamiętam. To stało się
naprawdę irytujące. Zwłaszcza, że ta cała szopka była
idiotyczna. Ale nie zamierzałem go zawieść. Postanowiłem
przykleić uśmiech na twarz i jakoś to przetrwać. Pukanie do drzwi
zbiegło się z dźwiękiem gotowego posiłku, czekającego w
piekarniku. Louis udał się otworzyć, a ja poszedłem do kuchni,
aby nie spalić tego cholernego mięsa. Kiedy usłyszałem głosy
gości i ich stukające o kafelki buty, odetchnąłem głośno.
Zaczęło się.
___________________________________________________
Przeczytałaś? Wyraź opinię w komentarzu ♥
+ informuję o nowych rozdziałach na twitterze, jeśli chcesz, napisz swoją nazwę.
+ informuję o nowych rozdziałach na twitterze, jeśli chcesz, napisz swoją nazwę.
wow wow wow
OdpowiedzUsuńok zapowiada sie super i juz wyczuwam elounor na horyzoncie majac jednak nadzieje ze nic z nimi w roli glownej nie bedzie xd
nie podoba mi sie zachowanie lou - bicz plis kolega od internesow no jaki cham!
uhh kocham cie za dlugosc! uwielbiam dlugie rozdzialy i mam nadzidje ze nastepne tez takie beda djdhud
bede sie podpisywala userem z tt i prosilabym o informowanie mnie na nim x
@kika1613